В мемуараха Мальхера Ваньковича говорится, что «панскость» неразрывно связывалась с польскостью. Образ пана был центром для белорусского сельского человека. Холоп любил чувствувость сильную руку над собой. Ко двору на суд устремлялись люди, чтобы пан их рассудил в материальных спорах, заключил брак, вмешивался, когда мачеха била падчерицу. Ко двору однажды пришли, чтобы сделать развод. Холопы охотно услуживали пану. Холопы несли пану ягоды, грибы, орехи, за что получали гостинец в виде денег. За право выпаса крестьяне отрабатывали определенное число дней. Каждый при этом приносил яйца. Когда появились первые революционные вихри, холопы вопрошали: «Так як же без паноу?»
Рассказывал Ванькович, как правительство стремилось гнобить польскость. Польщизна была стерта с лица белорусского края, но Беларусь была связана тесными польскими узами. Упоминал Ванькович о сторонниках Сенчиковского, которые вводили русский язык заместо польского в костел, о том, что Рим отмел введение русского языка в костел.
Trzeba wiedzieć, że Wańkowiczów było jak rojstu w
Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku albo, jeżeli imię ojca
było rzadkie, z ojca.
W pokoju stołowym,
mającym dwa kominki z zielonej majoliki i woskowane jesionowe belki pod
sufitem, wisiały inne jakieś stare bohomazy rodzinne i szereg malowideł na
desce roboty Bartelsa[1], wyobrażających białoruskie sceny myśliwskie. Bartels, żonaty z
siostrą ojca, pozostawił w Kalużycach pełne szuflady plansz i niewydanych
utworów.
Materiały te częściowo ocalały. Wiosną 1934 r.
znalazłem u brata w Poznańskiem pożółkły rękopis pod tytułem: Twardoyada, poemat odużajdco opisowy z prologiem i
epilogiem, czyli ile pani Twardowska jednym tchem wypowiedzieć może.
Pani Twardowska! Myślą pobiegłem wstecz do Kalużyc.
Jeden z pokojów nazywał się „Pani Twardowskiej". Ale pokoje nazywały się
najdziwaczniej. „Zielony" miał czerwone obicia, „Turecki " - mebelki
z czasów Księstwa Warszawskiego itd. Nikt więc nad nazwą „Pokój pani
Twardowskiej" nie łamał głowy.
Dopiero z tego pożółkłego poematu zrozumiałem, że
była to rezydentka mieszkająca w Kalużycach w połowie XIX wieku.
Bartels (autor inscenizowanych przed kilku laty
przez „Redutę" piosenek „Ach, panno Marianno" itd.) w pierwszej
części poematu oddaje, co pani Twardowska może wypytlować do obiadu, w drugiej
-ile jeszcze powie po obiedzie.
Z bezpretensjonalnego wiersza Bartelsa widzimy, że
pani Twardowska z niejednego pieca chleb jadła i w ten sposób „poemat"
zawiera pierwszorzędny materiał obyczajowy dla życia naszej szlachty na Białej
Rusi w epoce przedpowstaniowej. Na marginesie jakąś starczą ręką powypisywane
są komentarze wyjaśniające nazwiska itd.
Pani Twardowska, chowająca się u ciotki, która
była „za pannę" u pani Żabiny, nie miała u szambelanowej łatwej młodości.
Bywało - czwarta zrana -
ia spię iak zabita
Przychodzi ta kochana,
szanowna kobita
Porywa mię za gardło - i
gniotąc iak zmora
Wstaway! Szelmo coprędzy -
wstaway bo iuż pora
Ia się zrywam - ubieram do
gorsu w sukienkę
Siadam przy oknie wziąwszy
przed siebie krosienkę
Staram się coś tam robić -
ale sen niedaie
Więc ia sobie ze stołka
pocichutku wstaię
Pobiegnę na podwórze - i
choć z zimna zdycham
Śniegu tam pod fisiulkę za
gors pozapycham
To mię iakoś orzeźwi -
więc do stancii wracam
I choć się kiwam - ziewam,
oczami przewracam
Siedzę iednak i dłubię - a
Szambelanowa
Patrzy tylko czy nie śpię
- i iuż bić gotowa
O nie - o-sza-co-wa-na bo
to Pani była!
Byle za głupstwo iakie to
iuż w pyski biła
Bywało iak na bale jeździ
- czy do Szkłowa[2]
Czy to do Mohilewa - czy
do Borysowa[3]
Zawsze mię z sobą bierze -
co tam ciekawości
Co to tam za bogactwa - i
osobliwości!
W Szkłowie raz dał bal
Zoricz, Amant Cesarzowey
Pan piękny i bogaty -
strasznie romansowy
Czego tam niebyło - Muzyka
woyskowa
Otóż tam się nosiła z nim
Szambelanowa
Byłam także na balu
ogromnym w Propoysku
I co raz na Świętego Piusa
w Łohoysku...[4]
Ale w końcu z tego „rozkosznego" życia,
które, jak widzimy, miało miejsce jeszcze w przednapoleońskiej epoce, należało
iść na służbę - do Pani Generałowej Prószyńskiej[5].
Pani Twardowska wielbi dostatek, panujący w domu
Generałowej:
Bywało - koło stołu my siedzim dużego
Pani Generałowa, Panny, różne rezydentki
Ia siedzę cerując na skarpetkach piętki
Pani Generałowa do mnie - choć no tutay mała!
To znaczyło że będę w głowę ją drapała
Staię więc za fotelem - na małym stołeczku
I we włosach iey gmyram ciągle potroszeczku
Tak gmyram dwie trzy godziny - aż w końcu moy Boże
Generałowa zdrzemnie i uśnie nieboże -
A tu tymczasem w koszach różne frukta dają
Wszyscy iedzą - w kieszenie wszyscy nabierają
I rozebrać nie mogą - ieszcze ze dwa kosze
Zbiorę - i napodkurki dla dziewcząt odnoszę -
Maiątki były wielkie - Zasław i Polany
Kiśnieliszki, Kukiszki, Kiszki i Świerany
Dziś to wszystko rozbite, bo na dzieci spadło
Nie mało też fortuny za życia się ziadło -
Synow mieli aż osim - Ludwik, Prot, Gerwazy
Hektor, Michał, Postumiusz, Marek i Protazy
Postumiusz był ostatni - zrodził się bez mała
W sześć miesięcy po śmierci Pana Generała
I ztąd to Postumiuszem na chrzcie był nazwany
Oy, wesołe to były kochane Świerany!
Córek było też siedem - Elka, Polka, Zulka
Michelinka, Jagiesia, naymłodsza Urszulka
A coż tam było ludzi - służących domowych
Officialistów różnych panien respektowych
Staruszków rezydentów okrutnych dworaków
A próżniaków cóż tego! - próżniaków próżniaków
Tak jak w jakim Paryżu - Boki trzeba zrywać
Iak to się zaczną zbierać - do stołu zwoływać
W kuchni na siedemdziesiąt osob gotowano
A czy to tak iak dzisiay do stołu dawano
Potraw naymniey szesnaście będzie zupa iaka
Z mięsem, a ieśli w poście - z lina lub szczupaka
Różne z nadziewaniami potrawy aż miło
O czem się dziś nikomu nigdy ani śniło
Ut, naprzykład, tomfrule, czy słychać tu kiedy
Żeby kto iadł tomfrule - pośród takiej biedy
A cweybaczki do kawy - a ciasteczka z rożna!
Ey czego tam niebyło - spamiętać nie można!
A co to za porządek u Generałowy
Bywało iak dochodzi do Maja połowy
Wszyscy we dworze. - Panny, Panicze i Słudzy
Rezydenci i dworscy - i swoi i cudzy
Biorą na przeczyszczenie - Boki zrywać trzeba
Co to tam się nabiegać - namęczyć potrzeba
Każdemu strasznie pilno - lecisz już ktoś siedzi
- Prędzej Panie Hektorze! co się Panna biedzi
- Iak skończę to i wyjdę - czekayże tu końca
Mogłabyś na to czekać do Zachodu Słońca
Bo za mną iuż ;przyleciał pisarz Prowentowy
A za nim stoi Szafarz - - a każdy gotowy.
Trzeba gdziekolwiek uciec, aby ulżyć siebie
Oy! takich rozkoszy - niebędzie i w niebie...
Pani Twardowskiej nie jest obca estetyka w ubraniu
stołu:
...ubieram nakrycie do
stołu kwiatami
I cały stół zastawię ot
tak - kwaterami
W jednei kwaterze będą
skubane goździki
A w drugiej będą same iuż
nieśmiertelniki
W trzeciey same bławatki
skubane, a na tem
Żyrandole ubrane całe suchokwiatem
Z lusterek podstaweczki
porozstawiam wszędzie
Jedna będzie okrągła,
druga w kwadrat będzie...
Już to o gości dbano. U jednej z chlebodawczyń
Pani Twardowskiej:
...na dziedzińcu labirynt - żeby jak gość jedzie
Nim przez wszystkie zakręty pod ganek zajedzie
Pani mogła domowe ubranie wnet zrzucić
I Petersburski stroik na głowę zarzucić.
Rok dwunasty, „rok urodzaju", w czasie
którego była już dorosłą panną, wspomina Pani Twardowska z rozrzewnieniem:
Bo to w roku dwunastym urodzaje wielkie,
Ceny były ogromne za produkta wszelkie
Łut soli cztery złote cena w Wilnie była
Tak, że Księżna Ogińska, która w Wilnie żyła,
Gdy Jej Marszałek dworu doniósł, że książęta
Synowie jej chcą soli, biedne niebożęta,
Rzekła: „soli nie dawać, to produkt za
drogi".
Epopeja Napoleońska załamuje się w jej umyśle w
specjalny sposób. Francuzi
...Z ryżu to tylko buljon wygotowywali,
A sam ryż to pod kuchnię na kupę zrzucali
A wieprze, to bywało, tak się najadają
Ze ledwie za brzuchami już na nogi wstają.
Po bitwie zaś nad Berezyną:
Co to żelastwa zostało po bitwie
Zaręczam, że już potem to na całej Litwie
Przez lat kilka nie kupił nikt ani funcika
Żelaza na potrzeby - wszak ja dla kuchcika
Dałam trzy duże noże, Pani wie, francuzkie,
Po stali zaraz poznać, że to nie są ruskie.
Na pozostałościach pofrancuskich nie udało się
jednak wyspekulować ożenku faworytki Pani Twardowskiej. Było to tak: po
Francuzach pozostała jakaś trąbka i fuzja:
Rymaszewski raz przyszedł
- patrzy, trąbka wisi
A umizgał się wtedy u mnie
do Marysi
Co się robót uczyła -
dobra dziewka była
A szyła, to już szyła, ach
jak anioł szyła.
Myślałam - chce się żenić,
niechże sobie bywa
On chciał czego inszego -
łotr co się nazywa!
Jak zobaczył tę trąbkę,
naparł się koniecznie
Ja wiedziałam, że dawać
jemu niebezpiecznie
Ale mąż mój nieboszczyk
był człowiek jak z ciasta
Byle kto czego zechciał -
masz i na tem basta.
Oddał trąbkę - znów potem
mu się podobała
Fuzja mojego męża,
nabijana cała
Srebrnemi gwoździczkami -
ot tak, w pirożeczki
I tę mu mój mąż oddał bez
najmniejszej sprzeczki
Mnie chociaż i żal było,
ale myślę sobie
Dam ja jeszcze w przydatku
i Marysię tobie.
Aż ten łotr, co on robi,
przyjeżdża do niego
Suszczyński z Borysowa -
ten tego - ten tego
Uścisnął, pocałował - co
tam słychać, Panie?
A tu trąbka i fuzja już
wiszą na ścianie
Suszczyński jak zobaczył,
wziął do rąk, sprobował
A wiesz waćpan, ja będę z
waćpanem handlował.
Wiem, że waćpanu pewno
handel spodoba się
Dasz mnie trąbkę i fuzję,
ja tobie Joasię.
Naturalnie, że zgoda - i
ten łotr szalony
Za te moje prezenty dostał
jeszcze żony.
Pani Twardowska lubi na „obecne czasy"
ponarzekać i pofilozofować. Zdaniem jej nawet klimat się odmienił, a to
dlatego, że
...W Ameryce niedawnemi
czasy
Wyniszczyli zupełnie
bardzo wielkie lasy
Jakieś lasy Hurońskie, ja
to gdzieś czytałam
I dobrze, że to sobie
dzisiaj przypomniałam
Jakże może być ciepło bez
Hurońskich lasów?...
Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encykl. IIustr." tak m.i.
pisze o Bartelsie: „Bartels Artur (1818-1885), piosenkarz i karykaturzysta,
otrzymawszy ogładę wykwintną i edukację modną, był znany jako dowcipny i
jowialny twórca piosenek i satyr, niekiedy bardzo pieprznych, które krążyły w
kółkach znajomych. Dopiero od 1858 r, ukazują się jego „Łapigrosze" z
własnoręcznymi karykaturami, „Pan Atanazy Skorupka, człowiek postępowy",
komedia trzyaktowa „Serce Brata", jednoaktowa „Niewiniątko". W latach
następnych dwa zbiorki piosnek z towarzyszeniem fortepianu (do których sam
układał melodie, a z których niektóre jak np. „Ach, Panno Marianno"
inscenizował Schiller w „Reducie"), „Goście", oraz
„Tydzień Poleski". Daleko atoli więcej pozostało jego pieśni okolicznościowych, zazwyczaj satyrycznie zabarwionych, w rękopiśmie. Cząstkę z nich małą ogłosił Kazimierz Bartoszewicz. Zamiar wydania całej spuścizny rękopiśmiennej Bartelsa nie wszedł dotychczas w wykonanie. Jako świadectwo naszych towarzyskich upodobań, jako charakterystyka właściwej nam jowialności i satyryczności, utwory Bartelsa zasługiwałyby na ogłoszenie drukiem w większym niż dotychczas zbiorze".
<…>
Do dworu po osąd ściągali ludzie ze wszystkich
naszych wsi tzn. tych, które należały do Kalużyc przed uwłaszczeniem, a teraz
zostawały w symbiozie gospodarczej z dworem (las - pastwiska - odrobek). Dwór
był nie tylko materialnym rozjemcą, ale godził małżeństwa, interweniował, gdy
macocha biła pasierbicę itp. Zdarzyło się, że do dworu przyszli prosić o rozwód.
„Pan", w zasadzie, chodzić był winien zawsze
w nimbie patriarchalnej łaskawości, niby „dobre słonko", ale nie do
pomyślenia była sytuacja, by nie mógł mieć racji, aby mógł znaleźć się w
sytuacji śmiesznej, aby mógł zawdzięczać chłopu jakąśkolwiek przysługę, aby
mógł o coś prosić, za coś dziękować.
„Pan" kiedy jechał przez wieś, biegły z całej
wsi dzieciaki otwierać wrota - za co z bryczki rzucało się im na ziemię
łaskawie cukierki, wożone na ten cel w kieszeniach burek, albo miedziaki - o co
powstawały bójki w pyle gościńca.
„Pan", który o dziesiątki wiorst od domu,
przejeżdżając przez wieś, zgubił koło, złamał dyszel, na skutek czego
potrzebował kogoś gdzieś posłać o kilka wiorst, wkraczał do pierwszej lepszej
chaty i polecał zrobić to a to.
Byłoby obrazą nie do pomyślenia, ale też i
niespodzianką, aby chłop za przysługę zażądał czegokolwiek. Nawet spotykana w
Królestwie formułka „co łaska" nie miała miejsca.
wygląd, wszystkie pokłony i uśmiechy Białorusa
szły w kierunku zadokumentowania, że przeprzepełniony jest radością, że
dostatecznie nagrodzony jest samym szczęściem, płynącym z faktu usłużenia
„panu".
I o ile tylko chłop był w sferze zasięgu
gospodarczego dworu, metoda, zapewne urobiona wiekami, zalecała nie nagradzać
go z miejsca, zapamiętać gdzieś tam, przy okazji, dać jakieś drzewo z lasu,
wypas itd.
Metoda ta, której wymagał swoisty prestige, była
kosztowna dla dworu. Chłopi, przynoszący jagody, grzyby, orzechy, nigdy nie
przynosili ich na sprzedaż. Miało to formę prezentów (gościńców) składanych dworowi,
w zamian za co dwór wywdzięczał się gościńcem w pieniądzach.
Ta forma, że od pana nie można żądać, bo wszystko
jest jego i jest on absolutnym władcą, miała swoje odbicie nawet w normalnych
kontraktach.
Co rok, na przykład, na wiosnę, zapełniał się
gazon tłumami chłopów z wieńca wsi okolicznych, którzy przychodzili „godzić
paszę".
Za prawo wypasu każdy z nich winien był określoną
liczbę dni roboczych. Ale nadto każdy w zawiniątku przynosił - jako lenne
symboliczne - jajka, w zamian za co otrzymywał poczęstunek z wódką.
- Niechby który nie przyniósł jajek - mawiał
brat, gorliwie przestrzegający wszelkich tradycyj - za nic mu nie dam paszy.
Któż powie, jakie tam metody tresury stosowali
przed wiekami osiadający na kresach rycerze! Dość, że teraz w XX wieku, ustrój
patriarchalny był we krwi obu stron zakorzeniony głęboko, potrzebny jak woda,
jak powietrze.
Chłop lubił
czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej „pańskości" i kochał się w niej. Instynktem
przedziwnym umiał odróżnić „pana z panów" od miejskiego ciaracha, który
wszak niczym na pozór nie różnił się od „pana" w ubraniu i zachowaniu.
Do pojęcia
pańskości nieodłącznie były przywiązane polskość i katolicyzm.
Brat zasiadał w sądzie jako sędzia przysięgły. Chłop, zapytywany o wyznanie, drapał się
w głowę i odpowiadał wstydliwie:
- Nieczem
chwalitsia. Mużickoj.
Sąsiad Wiktor Ciundziewicki wysyłał swego leśnika
dla dokonania jakiejś operacji wola za granicę. „Ale jakżeż ty będziesz tam z
ludźmi mówił - zafrasował się - toż tam po niemiecku mówią". - „A ciż tam,
panoczku, mużykow nie ma!" - odpowiedział, pełen dobrej myśli, Białorus.
Kiedy ukaz tolerancyjny w 1905 r. otworzył możność
przechodzenia na katolicyzm, do sąsiada, Aurelego Janiszewskiego, kpiarza,
doskonale znającego lud, przyszedł chłop radzić się.
- Naturalnie, przechodź na pańską wiarę. Usie
cari katoliki, nasz tolki mużickoj wiery, ależ i jon ustydiusia i na Kaladu
napeuno pierejdzie.
Subtelności rozróżnień teologicznych były temu
ludowi, zupełnie bezreligijnemu, na ogół obce. Stary pan Wiktor Swida z
Hlewina, sąsiad, biskup kalwiński zajadły i Polak prawy, „żurił" któregoś
z poddanych. Chłopina sumitował się: „Ciż ja jaki Kalwin, panoczku albo iny
złodziej?"
- Szto ty haworisz?! - spąsowiał pan Wiktor.
Nie mogę sobie odmówić podania wypadku z
doświadczeń sądowych brata. Szła sprawa o zgwałcenie. Zeznaje chłop w łapciach:
- A sztoż, panoczku, idu ja hetak wiaczarkom,
aż glażu, u kustiku ż...a bliasnuła.
- Huu... - ryczy z uciechy sala.
- Niet, wy pażałusta, skażitie tolko: fakt wy
widali ili niet - przerywa prezes, ratując powagę Sądu.
- Chwakta ja nie bacził: on uże był unutri.
Z pojęciem pańskości polskość też była związana
nieodłącznie. Wielki Książę objął Borysów - wielkie dobra. Urządził huczny
festyn ludowy, w którym, pragnąc zyskać popularność, sam brał udział. Były tam
wyścigi w workach itd.
<...>
Tak tedy, gdy gospodarstwo nie zabierała wiele
czasu, oddał się eks-wygnaniec pracy społecznej na takim polu, jakie było
możliwe. Był to ósmy dziesiątek lat XIX stulecia. Ojciec zakłada szpital
oftalmiczny w Mińsku, kształci szereg ludzi ze swego majątku, a wreszcie -
zakłada wraz z Edwardem Woyniłłowiczem Mińskie Towarzystwo Rolnicze.
W tym okresie przerzyna kraj pierwsza kolej
żelazna. W związku z nią trwał w domu naszym pęk świeżych wspomnień.
Kiedy pierwszy raz pociąg miał przemknąć przez
naszą stację Borysów, ojciec wybrał się na tę uroczystość.
Stał na peronie, mając za sobą stangreta, gumiennego
i lokaja, i nasłuchiwał pilnie, jakie to na nich zrobi wrażenie.
Kiedy z piekielnym łomotem, ziejąc parą, wpadł
pociąg, stangret, pełen zdumienia, rzekł do gumiennego:
- Musić obody nie z naszaho lesa (zapewne
koła gięte nie z naszego drzewa).
- A koli jona śpić? - pytał zdumiony
gumienny.
Lokaj, który wnosił do wagonu walizki, pytany za
powrotem przez rządcę, odparł:
- A nic, panie, sucho...
Oto było maksimum wrażenia, na jakie mogły zdobyć
się nie ogarniające całości umysły.
Ojciec, wysyłając niebawem pannę apteczkową do
Kalużyc z Nowotrzeb, powiedział:
- Panna Julisia pierwszy raz jedzie koleją;
proszę uważać, na zaczepki nie odpowiadać, najlepiej zająć od razu jakiś
najcichszy kącik i nie ruszać się z niego.
Do Kalużyc dojechała panna Ulisia z płaczem i
konfuzją wielką:
- Pan kazał - tak ja poszła w takie, za
przeproszeniem miejsce, i zamknęła się. Stuka jakiści pan, ja nic, jakoże ja
będę z takiego miejsca przeze drzwi rozmawiać. Wyjść takoż niepolitycznie, jak
tam już więcej mężczyznów sień zebrało. Tedy ja milczeń, a oni proszą sień:
„Puszczaj - na miłość Boską", a inni grożoń i prześmiewajoń. Ja potnieja
cała i mówia akt strzelisty do świętego Antoniego: „Święty Antoni Padewski,
Obywatelu Niebieski, ratuj mnie w złej przygodzie, w podróży, na londzie i
wodzie".
- To już i na wodzie było z tego strachu... -
miał wtrącić rządca.
- Pan Gracjan byle sierota zawstydzić...
- Jakżeż się skończyło?
- Konduktor przyszedłszy drzwi roztworzył, i
nie daj Matko Najświętsza, wychodzić kazał.
Kiedy indziej spotyka ojciec w pociągu znajomą
jejmość - sąsiadkę z zagonowej szlachty:
- Oho, to i pani Barbara, widzę, w światy
rusza; a dokądże to?
Wstydliwe i kokieteryjne siorbnięcie nosem:
- Oto już... Pan Melchior tyle jeździ, to i
musi wiedzieć, dokąd bilety wydają...
Nam, dzieciom epoki radia, telewizora i samolotu,
za którymi jest wielka wojna i rewolucja, trudno ogarnąć, jak wielkimi krokami
poszły zmiany równorzędnie w umysłach ludzkich, jak prości i nieskomplikowani
byli ci ludzie sprzed lat pięćdziesięciu.
<...>
Był to czas najsroższego ucisku. Polszczyzna starta została z powierzchni
życia kraju, jak pole kwietne, po którym maszerują sołdackie treny. Ale ziemia białoruska w swym łonie spojona
była zwartą więzią polską - niby siecią korzeni. By najdrobniejsze ukazanie
się polskości na powierzchni, było zdarzeniem. Słynny śpiewak Mierzwiński na
Bazarze zakończył występy odśpiewaniem Krakowiaka - bez słów; entuzjazmowi nie
było końca. W Wilnie Halkę śpiewano po francusku. Ubóstwiana śpiewaczka
operowa, Dowiakowska, była sprawczynią niesłychanej demonstracji: wyliczono,
kiedy odchodzi pociąg do Warszawy. Przyjaciele umieścili w przedziale rzeczy
artystki, przed salą występów czekały ogniste konie. W ostatniej chwili
zaśpiewała po polsku Krakowiaka. Porwał się obecny na koncercie policmajster,
ale nie zdążył: śpiewaczka wyszła tylnym wyjściem i przygalopowała w ostatniej
chwili na dworzec.
<...>
Rząd starał się jeszcze bardziej zgnębić polskość przez kościół.
Usiłowano wprowadzić nabożeństwa dodatkowe po rosyjsku. Wypadek z księdzem
Piotrowiczem, który w Wilnie wszedł na ambonę z odnośnym ukazem carskim w ręku
i zapaloną świecą ukaz spalił i potępił (nim suma skończyła się, przed
kościołem stała już kibitka, która ruszyła na Sybir), wstrząsnął
społeczeństwem. Od tzw. księży „rytualistów", którzy zobowiązali się
odprawiać w języku rosyjskim
nabożeństwa dodatkowe, odwrócono się ze wstrętem. Rzym ich też wyklął.
W odległym od Kalużyc o dwadzieścia wiorst
parafialnym kościele naszym proboszczem był ksiądz Piątkowski, który
przygotowywał Czesia do komunii. Gdy nie usłuchał ukazu, poszedł na Syberię.
Matka, wracając z Mińska, spotkała go w Borysowie, wiezionego przez żandarmów;
zdążyła mu tylko dać skórzaną poduszeczkę na drogę.
Następca zesłanego, ksiądz Woyczyński, poszedł w
jego ślady. Kościół stał pusty. Nagle księdza Woyczyńskiego wrócono z Syberii -
ugiął się.
Wtedy wszystkie swe potrzeby religijne dom
kalużycki zaczął załatwiać w Mińsku, Kownie i Wilnie, w Warszawie, za granicą,
byle nie w swojej parafii.
Kiedy w 1891 roku umarła babka Wańkowiczowa,
pochowano ją w ogóle bez księdza. Na donos księdza Woyczyńskiego wyznaczono 100
rubli kary na każdą głowę chłopską, obecną na pogrzebie, i 1.000 rubli na każdą
szlachecką, ojca zaś skazano na pół roku więzienia. Nie odsiedział go, bo w
marcu 1892 roku, na trzeci dzień po powrocie z Karlsbadu, zmarł.
Teraz sąsiedzi, zajmujący się pogrzebem, nie
chcieli ryzykować. .Zawiadomiono księdza Woyczyńskiego. Przyjechał z organistą
i zakrystianem. Wszedł do hallu. Lokaj Bonifacy, pomocnik Kazimierza, prosi na
śniadanie, ale nic nie pomaga: ksiądz pyta, gdzie ciało.
Dają znać matce, która spłakana woła, że nie chce
go widzieć, że nie chce, żeby sprzedawczyk profanował zwłoki. Leon Korkozowicz,
sąsiad, każe co prędzej zaśrubowywać trumnę. Karol Świacki rzuca na nią
zjedzoną przez mole siermięgę katorżniczą zmarłego. Na burym zbutwiałym
grzbiecie żółci się naszyty aresztancki znak - as karowy: nie ma dostępu!
Teraz ksiądz wyprowadza ciało, intonując wraz z
zakrystianem i organistą „Anioł Pański" po rosyjsku.
Idzie, a stopy go palą, kondukt nie posuwa się za
nim.
Dopiero, gdy już przeszedł połowę alei, wysypali
się żałobnicy z domu. Trumnę niesiono na rękach do odległego o wiorstę
cmentarza. Lipy szumiały górą; dołem sunęła trumna i ludzie śpiewali po polsku
„Anioł Pański".
Nad trumną brzmiały rosyjskie słowa. Blady,
zaciskając zęby, mój brat cioteczny, Karol Świacki z Bielicy, dał po pięć rubli
księdzu, zakrystianowi i organiście.
- Konie czekają przed cmentarną bramą;
żegnamy.
Tegoż dnia proboszcz odesłał owe pięć rubli,
„przesiąknięte mikrobami nienawiści", jak pisał w liście.
<...>
Jest mi teraz tak pusto na całym świecie i zimno
tak obrzydliwie, taki zawieszony jestem między dniem i nocą, taki wybity ze
snu, że łóżko ładnej pokojówki, Józki, w którym można by przygarnąć do siebie
jędrne ciało dziewczyny, poczuć zapach potu na grubej płóciennej koszuli,
rozrzuconych włosów, poczuć zduszony głos, wołający „nie trzeba", i drobne
ręce silnie odpychające w milczącej walce - że to wszystko wydaje mi się
jedynym azylum.
Cóż to skrzypnęło w przejściu? Krew zbiega do
serca. W domu naszym ,straszy". Duchy widzieli, słyszeli najwiarogodniejsi
ludzie. Sprowadzono nawet księdza, który dom wyświęcał.
- Gdzie idziesz?
To brat. Wyszedł z łóżka, zbadać, czemu skrzypi
posadzka w salonie.
Wielki wstyd. Mam szesnaście lat, brat jest
starszy o lat dziesięć. W domu nie było obyczaju napastować służby.
- Do Józi - powiadam z konfuzją.
- No, Boże dopomóż.
Józia ziewa i
opędza się znosząc dosyć filozoficznie ryzykowne karesy i perswadując, że „nie
trzeba". Ale gdy widzi, że to nie przelewki, zaczyna się drzeć.
Alinka śpi o parę pokojów. Jak oparzony wyskakuję z łóżka i pomykam do siebie.
<...>
Gdy budzę się, jest południe. Z ciężką, przepaloną
głową brnę nad rzekę. Niebawem przychodzi brat. Płyniemy, położeni na bokach,
rzucając jedną rękę w przód.
A kiedy, parskając, wyłazimy na mieliznę, brat
pyta:
- No i co?
- Nic.
- Józka po gębie dała i wyrzuciła?
<...>
Kodeks płciowy białoruski jest zwięzły nad wyraz:
Dziewczyn wiejskich nie zaczepiaj (chyba już
straszliwie przypili); pannę z towarzystwa ukrzywdzić - infamia; wszelką inną
kobietę przepuścić - rzecz godna potępienia. Chcesz, nie chcesz - a musisz; po to
jesteś na świecie. Nie trzeba nikomu skąpić spermy. Jest ona własnością ogółu.
Kiedyś z gwałtem wielkim pod ganek przyleciała
mieszczanka z naszego miasteczka - ponoć z zagrodowej szlachty. Ciągnie za sobą
młodziutką córkę i skarży się bratu, że rządca odebrał jej niewinność.
Zawrzało oburzeniem wielkim serce suwerena.
Rządca, opalony osiłek, ma jasne uczciwe oczy.
Rozmawiają sam na sam w kancelarii; siedzę w gabinecie i słucham.
- Niewinna?
- W łokciu chyba.
- I gościniec wzięła?
- Wzięła.
Głos brata spada o kilka tonów.
- Coś pan jej dał? - pyta z fachowym
zainteresowaniem.
- Trzy ruble.
Głos brata nabrzmiewa ojcowską powagą.
- Takich cen jeszcze nie było; pan tu ceny
psuje; ile ja bym musiał płacić rządcom, jakby chcieli trzymać się pańskiej
taryfy?
Uszczęśliwiony rządca wychodzi, a brat spławia
babę z odpowiednia reprymendą.
Swoją drogą wieczorem Malkiewicz otrzymuje
polecenie - przydzielić babie jakiś spłachetek łąki. Wszyscy są zadowoleni.
<…>
Teraz, kiedy z oddali lat i po przebytej rewolucji
na te obrzędy spoglądam, wiem, że ci sami ludzie, którzy teraz może są w
„kołchozach", byli szczerzy. W układzie ich życia, formowanym wiekami,
„pan" był historyczną koniecznością, był słońcem, dookoła którego obracał
się system planetarny kilku wsi, był źródłem zarobku i ostoją form życia
takiego, do jakiego przywykli. Dawniej, gdy nie stawało pana, nie stawało i ich
ognisk domowych - zmiatała je taż sama burza. Teraz, gdyby nie stało pana,
Białorus nie umiałby wyobrazić sobie życia.
- Tak jakże biez panou? - zapytywali siebie,
pełni zdumienia, kiedy nadbiegać poczęły pierwsze podmuchy rewolucji.
Panowie, rzecz prosta, byli i pozostali aż do
końca klasą żyjącą z pracy chłopskiej, która straciwszy drastyczne
pańszczyźniane formy, w gruncie rzeczy nacechowana była wielką zależnością od
dworu.
<...>
Tak bywało za pańszczyzny[6], za moich czasów zależność też była wielka, chłop ją widział, ale
traktował jak naturalny układ świata. Przecież i nam dolega upał, wilgoć, mróz,
a jednak wielbimy lato, jesień, zimę, ba... inaczej być nie może, bo - to część
naszego życia.
[1]
Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encykl. IIustr." tak m.i. pisze o Bartelsie:
„Bartels Artur (1818-1885), piosenkarz i karykaturzysta, otrzymawszy ogładę
wykwintną i edukację modną, był znany jako dowcipny i jowialny twórca piosenek
i satyr, niekiedy bardzo pieprznych, które krążyły w kółkach znajomych. Dopiero
od 1858 r, ukazują się jego „Łapigrosze" z własnoręcznymi karykaturami, „Pan
Atanazy Skorupka, człowiek postępowy", komedia trzyaktowa „Serce
Brata", jednoaktowa „Niewiniątko". W latach następnych dwa zbiorki
piosnek z towarzyszeniem fortepianu (do których sam układał melodie, a z
których niektóre jak np. „Ach, Panno Marianno" inscenizował Schiller w
„Reducie"), „Goście", oraz „Tydzień Poleski". Daleko atoli
więcej pozostało jego pieśni okolicznościowych, zazwyczaj satyrycznie
zabarwionych, w rękopiśmie. Cząstkę z nich małą ogłosił Kazimierz Bartoszewicz.
Zamiar wydania całej spuścizny rękopiśmiennej Bartelsa nie wszedł dotychczas w
wykonanie. Jako świadectwo naszych towarzyskich upodobań, jako charakterystyka
właściwej nam jowialności i satyryczności, utwory Bartelsa zasługiwałyby na
ogłoszenie drukiem w większym niż dotychczas zbiorze".
[2]
Ongiś rezydencja Chodkiewiczów, potem Sieniawskich, wreszcie Czartoryskich,
został tym ostatnim, jako optującym za Polską, po pierwszym rozbiorze
skonfiskowany na rzecz Potiomkina, po czym przeszedł na kochanka Katarzyny
Zoricza, który założył w nim korpus kadecki dla dzieci szlachty białoruskiej.
[3]
Właściciel Radziwiłłowa, bo tak się wówczas Borysów nazywał, Ks. Radziwiłł
skarżył się cesarzowi, że ma tyle kłopotów z administracją, która go okrada, że
sprzedałby Radziwiłłów za 1½ miliona rubli, sumę śmieszną nawet na one czasy.
„Za mnoj" powiedział obecny przy tym brat cesarza, ojciec Mikołaja
Mikołajewicza. I żadne starania i wykręty magnata następnie nie pomogły: uznano
akt za zawarty.
[4]
Od 14 pokoleń (od 1517 r.) w ręku Tyszkiewiczów.
[5]
z Karaleszczenia
[6] Dziad Karol Wańkowicz, Syn Melchiora i ojciec Melchiora, zmarły w 1854 r., tak pisał w odezwie do obywateli: „Każemy srogo przestępców, którzy w małej ilości cudzą własność naruszą - porachujmy się z sumieniem, za ileż krzywd przyjdzie się nam odpowiedzieć przed Bogiem, za krzywdy tych włościan, którzy, bezbronni, oddani są naszej arbitralnej władzy - których powinniśmy być ojcami, opiekunami, obrońcami"...
Комментариев нет:
Отправить комментарий