Объявление

пятница, 9 января 2026 г.

Из воспоминаний Мельхиора Ваньковича «Szczenięce lata»

 


В мемуараха Мальхера Ваньковича говорится, что «панскость» неразрывно связывалась с польскостью. Образ пана был центром для белорусского сельского человека. Холоп любил чувствувость сильную руку над собой. Ко двору на суд устремлялись люди, чтобы пан их рассудил в материальных спорах, заключил брак, вмешивался, когда мачеха била падчерицу. Ко двору однажды пришли, чтобы сделать развод. Холопы охотно услуживали пану. Холопы несли пану ягоды, грибы, орехи, за что получали гостинец в виде денег. За право выпаса крестьяне отрабатывали определенное число дней. Каждый при этом приносил яйца. Когда появились первые революционные вихри, холопы вопрошали: «Так як же без паноу?» 

Рассказывал Ванькович, как правительство стремилось гнобить польскость. Польщизна была стерта с лица белорусского края, но Беларусь была связана тесными польскими узами. Упоминал Ванькович о сторонниках Сенчиковского, которые вводили русский язык заместо польского в костел, о том, что Рим отмел введение русского языка в костел. 


Trzeba wiedzieć, że Wańkowiczów było jak rojstu w Mińszczyźnie i wygodniej było przezywać ich od majątku albo, jeżeli imię ojca było rzadkie, z ojca.

 

 W pokoju stołowym, mającym dwa kominki z zielonej majoliki i woskowane jesionowe belki pod sufitem, wisiały inne jakieś stare bohomazy rodzinne i szereg malowideł na desce roboty Bartelsa[1], wyobrażających białoruskie sceny myśliwskie. Bartels, żonaty z siostrą ojca, pozostawił w Kalużycach pełne szuflady plansz i niewydanych utworów.

Materiały te częściowo ocalały. Wiosną 1934 r. znalazłem u brata w Poznańskiem pożółkły rękopis pod tytułem: Twardoyada, poemat odużajdco opisowy z prologiem i epilogiem, czyli ile pani Twardowska jednym tchem wypowiedzieć może.

Pani Twardowska! Myślą pobiegłem wstecz do Kalużyc. Jeden z pokojów nazywał się „Pani Twardowskiej". Ale pokoje nazywały się najdziwaczniej. „Zielony" miał czerwone obicia, „Turecki " - mebelki z czasów Księstwa Warszawskiego itd. Nikt więc nad nazwą „Pokój pani Twardowskiej" nie łamał głowy.

Dopiero z tego pożółkłego poematu zrozumiałem, że była to rezydentka mieszkająca w Kalużycach w połowie XIX wieku.

Bartels (autor inscenizowanych przed kilku laty przez „Redutę" piosenek „Ach, panno Marianno" itd.) w pierwszej części poematu oddaje, co pani Twardowska może wypytlować do obiadu, w drugiej -ile jeszcze powie po obiedzie.

Z bezpretensjonalnego wiersza Bartelsa widzimy, że pani Twardowska z niejednego pieca chleb jadła i w ten sposób „poemat" zawiera pierwszorzędny materiał obyczajowy dla życia naszej szlachty na Białej Rusi w epoce przedpowstaniowej. Na marginesie jakąś starczą ręką powypisywane są komentarze wyjaśniające nazwiska itd.

Pani Twardowska, chowająca się u ciotki, która była „za pannę" u pani Żabiny, nie miała u szambelanowej łatwej młodości.

 

 

Bywało - czwarta zrana - ia spię iak zabita

Przychodzi ta kochana, szanowna kobita

Porywa mię za gardło - i gniotąc iak zmora

Wstaway! Szelmo coprędzy - wstaway bo iuż pora

Ia się zrywam - ubieram do gorsu w sukienkę

Siadam przy oknie wziąwszy przed siebie krosienkę

Staram się coś tam robić - ale sen niedaie

Więc ia sobie ze stołka pocichutku wstaię

Pobiegnę na podwórze - i choć z zimna zdycham

Śniegu tam pod fisiulkę za gors pozapycham

To mię iakoś orzeźwi - więc do stancii wracam

I choć się kiwam - ziewam, oczami przewracam

Siedzę iednak i dłubię - a Szambelanowa

Patrzy tylko czy nie śpię - i iuż bić gotowa

O nie - o-sza-co-wa-na bo to Pani była!

Byle za głupstwo iakie to iuż w pyski biła

Bywało iak na bale jeździ - czy do Szkłowa[2]

Czy to do Mohilewa - czy do Borysowa[3]

Zawsze mię z sobą bierze - co tam ciekawości

Co to tam za bogactwa - i osobliwości!

W Szkłowie raz dał bal Zoricz, Amant Cesarzowey

Pan piękny i bogaty - strasznie romansowy

Czego tam niebyło - Muzyka woyskowa

Otóż tam się nosiła z nim Szambelanowa

Byłam także na balu ogromnym w Propoysku

I co raz na Świętego Piusa w Łohoysku...[4]

 

Ale w końcu z tego „rozkosznego" życia, które, jak widzimy, miało miejsce jeszcze w przednapoleońskiej epoce, należało iść na służbę - do Pani Generałowej Prószyńskiej[5].

Pani Twardowska wielbi dostatek, panujący w domu Generałowej:

 

Bywało - koło stołu my siedzim dużego

Pani Generałowa, Panny, różne rezydentki

Ia siedzę cerując na skarpetkach piętki

Pani Generałowa do mnie - choć no tutay mała!

To znaczyło że będę w głowę ją drapała

Staię więc za fotelem - na małym stołeczku

I we włosach iey gmyram ciągle potroszeczku

Tak gmyram dwie trzy godziny - aż w końcu moy Boże

Generałowa zdrzemnie i uśnie nieboże -

A tu tymczasem w koszach różne frukta dają

Wszyscy iedzą - w kieszenie wszyscy nabierają

I rozebrać nie mogą - ieszcze ze dwa kosze

Zbiorę - i napodkurki dla dziewcząt odnoszę -

Maiątki były wielkie - Zasław i Polany

Kiśnieliszki, Kukiszki, Kiszki i Świerany

Dziś to wszystko rozbite, bo na dzieci spadło

Nie mało też fortuny za życia się ziadło -

Synow mieli aż osim - Ludwik, Prot, Gerwazy

Hektor, Michał, Postumiusz, Marek i Protazy

Postumiusz był ostatni - zrodził się bez mała

W sześć miesięcy po śmierci Pana Generała

I ztąd to Postumiuszem na chrzcie był nazwany

Oy, wesołe to były kochane Świerany!

Córek było też siedem - Elka, Polka, Zulka

Michelinka, Jagiesia, naymłodsza Urszulka

A coż tam było ludzi - służących domowych

Officialistów różnych panien respektowych

Staruszków rezydentów okrutnych dworaków

A próżniaków cóż tego! - próżniaków próżniaków

Tak jak w jakim Paryżu - Boki trzeba zrywać

Iak to się zaczną zbierać - do stołu zwoływać

W kuchni na siedemdziesiąt osob gotowano

A czy to tak iak dzisiay do stołu dawano

Potraw naymniey szesnaście będzie zupa iaka

Z mięsem, a ieśli w poście - z lina lub szczupaka

Różne z nadziewaniami potrawy aż miło

O czem się dziś nikomu nigdy ani śniło

Ut, naprzykład, tomfrule, czy słychać tu kiedy

Żeby kto iadł tomfrule - pośród takiej biedy

A cweybaczki do kawy - a ciasteczka z rożna!

Ey czego tam niebyło - spamiętać nie można!

A co to za porządek u Generałowy

Bywało iak dochodzi do Maja połowy

Wszyscy we dworze. - Panny, Panicze i Słudzy

Rezydenci i dworscy - i swoi i cudzy

Biorą na przeczyszczenie - Boki zrywać trzeba

Co to tam się nabiegać - namęczyć potrzeba

Każdemu strasznie pilno - lecisz już ktoś siedzi

- Prędzej Panie Hektorze! co się Panna biedzi

- Iak skończę to i wyjdę - czekayże tu końca

Mogłabyś na to czekać do Zachodu Słońca

Bo za mną iuż ;przyleciał pisarz Prowentowy

A za nim stoi Szafarz - - a każdy gotowy.

Trzeba gdziekolwiek uciec, aby ulżyć siebie

Oy! takich rozkoszy - niebędzie i w niebie...

 

Pani Twardowskiej nie jest obca estetyka w ubraniu stołu:

 

...ubieram nakrycie do stołu kwiatami

I cały stół zastawię ot tak - kwaterami

W jednei kwaterze będą skubane goździki

A w drugiej będą same iuż nieśmiertelniki

W trzeciey same bławatki skubane, a na tem

Żyrandole ubrane całe suchokwiatem

Z lusterek podstaweczki porozstawiam wszędzie

Jedna będzie okrągła, druga w kwadrat będzie...

 

Już to o gości dbano. U jednej z chlebodawczyń Pani Twardowskiej:

 

...na dziedzińcu labirynt - żeby jak gość jedzie

Nim przez wszystkie zakręty pod ganek zajedzie

Pani mogła domowe ubranie wnet zrzucić

I Petersburski stroik na głowę zarzucić.

 

Rok dwunasty, „rok urodzaju", w czasie którego była już dorosłą panną, wspomina Pani Twardowska z rozrzewnieniem:

 

Bo to w roku dwunastym urodzaje wielkie,

Ceny były ogromne za produkta wszelkie

Łut soli cztery złote cena w Wilnie była

Tak, że Księżna Ogińska, która w Wilnie żyła,

Gdy Jej Marszałek dworu doniósł, że książęta

Synowie jej chcą soli, biedne niebożęta,

Rzekła: „soli nie dawać, to produkt za drogi".

 

Epopeja Napoleońska załamuje się w jej umyśle w specjalny sposób. Francuzi

 

...Z ryżu to tylko buljon wygotowywali,

A sam ryż to pod kuchnię na kupę zrzucali

A wieprze, to bywało, tak się najadają

Ze ledwie za brzuchami już na nogi wstają.

 

Po bitwie zaś nad Berezyną:

 

Co to żelastwa zostało po bitwie

Zaręczam, że już potem to na całej Litwie

Przez lat kilka nie kupił nikt ani funcika

Żelaza na potrzeby - wszak ja dla kuchcika

Dałam trzy duże noże, Pani wie, francuzkie,

Po stali zaraz poznać, że to nie są ruskie.

 

Na pozostałościach pofrancuskich nie udało się jednak wyspekulować ożenku faworytki Pani Twardowskiej. Było to tak: po Francuzach pozostała jakaś trąbka i fuzja:

 

Rymaszewski raz przyszedł - patrzy, trąbka wisi

A umizgał się wtedy u mnie do Marysi

Co się robót uczyła - dobra dziewka była

A szyła, to już szyła, ach jak anioł szyła.

Myślałam - chce się żenić, niechże sobie bywa

On chciał czego inszego - łotr co się nazywa!

Jak zobaczył tę trąbkę, naparł się koniecznie

Ja wiedziałam, że dawać jemu niebezpiecznie

Ale mąż mój nieboszczyk był człowiek jak z ciasta

Byle kto czego zechciał - masz i na tem basta.

Oddał trąbkę - znów potem mu się podobała

Fuzja mojego męża, nabijana cała

Srebrnemi gwoździczkami - ot tak, w pirożeczki

I tę mu mój mąż oddał bez najmniejszej sprzeczki

Mnie chociaż i żal było, ale myślę sobie

Dam ja jeszcze w przydatku i Marysię tobie.

Aż ten łotr, co on robi, przyjeżdża do niego

Suszczyński z Borysowa - ten tego - ten tego

Uścisnął, pocałował - co tam słychać, Panie?

A tu trąbka i fuzja już wiszą na ścianie

Suszczyński jak zobaczył, wziął do rąk, sprobował

A wiesz waćpan, ja będę z waćpanem handlował.

Wiem, że waćpanu pewno handel spodoba się

Dasz mnie trąbkę i fuzję, ja tobie Joasię.

Naturalnie, że zgoda - i ten łotr szalony

Za te moje prezenty dostał jeszcze żony.

 

Pani Twardowska lubi na „obecne czasy" ponarzekać i pofilozofować. Zdaniem jej nawet klimat się odmienił, a to dlatego, że

 

...W Ameryce niedawnemi czasy

Wyniszczyli zupełnie bardzo wielkie lasy

Jakieś lasy Hurońskie, ja to gdzieś czytałam

I dobrze, że to sobie dzisiaj przypomniałam

Jakże może być ciepło bez Hurońskich lasów?...

 

Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encykl. IIustr." tak m.i. pisze o Bartelsie: „Bartels Artur (1818-1885), piosenkarz i karykaturzysta, otrzymawszy ogładę wykwintną i edukację modną, był znany jako dowcipny i jowialny twórca piosenek i satyr, niekiedy bardzo pieprznych, które krążyły w kółkach znajomych. Dopiero od 1858 r, ukazują się jego „Łapigrosze" z własnoręcznymi karykaturami, „Pan Atanazy Skorupka, człowiek postępowy", komedia trzyaktowa „Serce Brata", jednoaktowa „Niewiniątko". W latach następnych dwa zbiorki piosnek z towarzyszeniem fortepianu (do których sam układał melodie, a z których niektóre jak np. „Ach, Panno Marianno" inscenizował Schiller w „Reducie"), „Goście", oraz

Tydzień Poleski". Daleko atoli więcej pozostało jego pieśni okolicznościowych, zazwyczaj satyrycznie zabarwionych, w rękopiśmie. Cząstkę z nich małą ogłosił Kazimierz Bartoszewicz. Zamiar wydania całej spuścizny rękopiśmiennej Bartelsa nie wszedł dotychczas w wykonanie. Jako świadectwo naszych towarzyskich upodobań, jako charakterystyka właściwej nam jowialności i satyryczności, utwory Bartelsa zasługiwałyby na ogłoszenie drukiem w większym niż dotychczas zbiorze".

 

<…>

Do dworu po osąd ściągali ludzie ze wszystkich naszych wsi tzn. tych, które należały do Kalużyc przed uwłaszczeniem, a teraz zostawały w symbiozie gospodarczej z dworem (las - pastwiska - odrobek). Dwór był nie tylko materialnym rozjemcą, ale godził małżeństwa, interweniował, gdy macocha biła pasierbicę itp. Zdarzyło się, że do dworu przyszli prosić o rozwód.

„Pan", w zasadzie, chodzić był winien zawsze w nimbie patriarchalnej łaskawości, niby „dobre słonko", ale nie do pomyślenia była sytuacja, by nie mógł mieć racji, aby mógł znaleźć się w sytuacji śmiesznej, aby mógł zawdzięczać chłopu jakąśkolwiek przysługę, aby mógł o coś prosić, za coś dziękować.

„Pan" kiedy jechał przez wieś, biegły z całej wsi dzieciaki otwierać wrota - za co z bryczki rzucało się im na ziemię łaskawie cukierki, wożone na ten cel w kieszeniach burek, albo miedziaki - o co powstawały bójki w pyle gościńca.

„Pan", który o dziesiątki wiorst od domu, przejeżdżając przez wieś, zgubił koło, złamał dyszel, na skutek czego potrzebował kogoś gdzieś posłać o kilka wiorst, wkraczał do pierwszej lepszej chaty i polecał zrobić to a to.

Byłoby obrazą nie do pomyślenia, ale też i niespodzianką, aby chłop za przysługę zażądał czegokolwiek. Nawet spotykana w Królestwie formułka „co łaska" nie miała miejsca.

wygląd, wszystkie pokłony i uśmiechy Białorusa szły w kierunku zadokumentowania, że przeprzepełniony jest radością, że dostatecznie nagrodzony jest samym szczęściem, płynącym z faktu usłużenia „panu".

I o ile tylko chłop był w sferze zasięgu gospodarczego dworu, metoda, zapewne urobiona wiekami, zalecała nie nagradzać go z miejsca, zapamiętać gdzieś tam, przy okazji, dać jakieś drzewo z lasu, wypas itd.

Metoda ta, której wymagał swoisty prestige, była kosztowna dla dworu. Chłopi, przynoszący jagody, grzyby, orzechy, nigdy nie przynosili ich na sprzedaż. Miało to formę prezentów (gościńców) składanych dworowi, w zamian za co dwór wywdzięczał się gościńcem w pieniądzach.

Ta forma, że od pana nie można żądać, bo wszystko jest jego i jest on absolutnym władcą, miała swoje odbicie nawet w normalnych kontraktach.

Co rok, na przykład, na wiosnę, zapełniał się gazon tłumami chłopów z wieńca wsi okolicznych, którzy przychodzili „godzić paszę".

Za prawo wypasu każdy z nich winien był określoną liczbę dni roboczych. Ale nadto każdy w zawiniątku przynosił - jako lenne symboliczne - jajka, w zamian za co otrzymywał poczęstunek z wódką.

- Niechby który nie przyniósł jajek - mawiał brat, gorliwie przestrzegający wszelkich tradycyj - za nic mu nie dam paszy.

Któż powie, jakie tam metody tresury stosowali przed wiekami osiadający na kresach rycerze! Dość, że teraz w XX wieku, ustrój patriarchalny był we krwi obu stron zakorzeniony głęboko, potrzebny jak woda, jak powietrze.

Chłop lubił czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej „pańskości" i kochał się w niej. Instynktem przedziwnym umiał odróżnić „pana z panów" od miejskiego ciaracha, który wszak niczym na pozór nie różnił się od „pana" w ubraniu i zachowaniu.

Do pojęcia pańskości nieodłącznie były przywiązane polskość i katolicyzm.

Brat zasiadał w sądzie jako sędzia przysięgły. Chłop, zapytywany o wyznanie, drapał się w głowę i odpowiadał wstydliwie:

- Nieczem chwalitsia. Mużickoj.

Sąsiad Wiktor Ciundziewicki wysyłał swego leśnika dla dokonania jakiejś operacji wola za granicę. „Ale jakżeż ty będziesz tam z ludźmi mówił - zafrasował się - toż tam po niemiecku mówią". - „A ciż tam, panoczku, mużykow nie ma!" - odpowiedział, pełen dobrej myśli, Białorus.

Kiedy ukaz tolerancyjny w 1905 r. otworzył możność przechodzenia na katolicyzm, do sąsiada, Aurelego Janiszewskiego, kpiarza, doskonale znającego lud, przyszedł chłop radzić się.

- Naturalnie, przechodź na pańską wiarę. Usie cari katoliki, nasz tolki mużickoj wiery, ależ i jon ustydiusia i na Kaladu napeuno pierejdzie.

Subtelności rozróżnień teologicznych były temu ludowi, zupełnie bezreligijnemu, na ogół obce. Stary pan Wiktor Swida z Hlewina, sąsiad, biskup kalwiński zajadły i Polak prawy, „żurił" któregoś z poddanych. Chłopina sumitował się: „Ciż ja jaki Kalwin, panoczku albo iny złodziej?"

- Szto ty haworisz?! - spąsowiał pan Wiktor.

Nie mogę sobie odmówić podania wypadku z doświadczeń sądowych brata. Szła sprawa o zgwałcenie. Zeznaje chłop w łapciach:

- A sztoż, panoczku, idu ja hetak wiaczarkom, aż glażu, u kustiku ż...a bliasnuła.

- Huu... - ryczy z uciechy sala.

- Niet, wy pażałusta, skażitie tolko: fakt wy widali ili niet - przerywa prezes, ratując powagę Sądu.

- Chwakta ja nie bacził: on uże był unutri.

Z pojęciem pańskości polskość też była związana nieodłącznie. Wielki Książę objął Borysów - wielkie dobra. Urządził huczny festyn ludowy, w którym, pragnąc zyskać popularność, sam brał udział. Były tam wyścigi w workach itd.


<...>

Tak tedy, gdy gospodarstwo nie zabierała wiele czasu, oddał się eks-wygnaniec pracy społecznej na takim polu, jakie było możliwe. Był to ósmy dziesiątek lat XIX stulecia. Ojciec zakłada szpital oftalmiczny w Mińsku, kształci szereg ludzi ze swego majątku, a wreszcie - zakłada wraz z Edwardem Woyniłłowiczem Mińskie Towarzystwo Rolnicze.

W tym okresie przerzyna kraj pierwsza kolej żelazna. W związku z nią trwał w domu naszym pęk świeżych wspomnień.

Kiedy pierwszy raz pociąg miał przemknąć przez naszą stację Borysów, ojciec wybrał się na tę uroczystość.

Stał na peronie, mając za sobą stangreta, gumiennego i lokaja, i nasłuchiwał pilnie, jakie to na nich zrobi wrażenie.

Kiedy z piekielnym łomotem, ziejąc parą, wpadł pociąg, stangret, pełen zdumienia, rzekł do gumiennego:

- Musić obody nie z naszaho lesa (zapewne koła gięte nie z naszego drzewa).

- A koli jona śpić? - pytał zdumiony gumienny.

Lokaj, który wnosił do wagonu walizki, pytany za powrotem przez rządcę, odparł:

- A nic, panie, sucho...

Oto było maksimum wrażenia, na jakie mogły zdobyć się nie ogarniające całości umysły.

Ojciec, wysyłając niebawem pannę apteczkową do Kalużyc z Nowotrzeb, powiedział:

- Panna Julisia pierwszy raz jedzie koleją; proszę uważać, na zaczepki nie odpowiadać, najlepiej zająć od razu jakiś najcichszy kącik i nie ruszać się z niego.

Do Kalużyc dojechała panna Ulisia z płaczem i konfuzją wielką:

- Pan kazał - tak ja poszła w takie, za przeproszeniem miejsce, i zamknęła się. Stuka jakiści pan, ja nic, jakoże ja będę z takiego miejsca przeze drzwi rozmawiać. Wyjść takoż niepolitycznie, jak tam już więcej mężczyznów sień zebrało. Tedy ja milczeń, a oni proszą sień: „Puszczaj - na miłość Boską", a inni grożoń i prześmiewajoń. Ja potnieja cała i mówia akt strzelisty do świętego Antoniego: „Święty Antoni Padewski, Obywatelu Niebieski, ratuj mnie w złej przygodzie, w podróży, na londzie i wodzie".

- To już i na wodzie było z tego strachu... - miał wtrącić rządca.

- Pan Gracjan byle sierota zawstydzić...

- Jakżeż się skończyło?

- Konduktor przyszedłszy drzwi roztworzył, i nie daj Matko Najświętsza, wychodzić kazał.

Kiedy indziej spotyka ojciec w pociągu znajomą jejmość - sąsiadkę z zagonowej szlachty:

- Oho, to i pani Barbara, widzę, w światy rusza; a dokądże to?

Wstydliwe i kokieteryjne siorbnięcie nosem:

- Oto już... Pan Melchior tyle jeździ, to i musi wiedzieć, dokąd bilety wydają...

Nam, dzieciom epoki radia, telewizora i samolotu, za którymi jest wielka wojna i rewolucja, trudno ogarnąć, jak wielkimi krokami poszły zmiany równorzędnie w umysłach ludzkich, jak prości i nieskomplikowani byli ci ludzie sprzed lat pięćdziesięciu.

<...>

Był to czas najsroższego ucisku. Polszczyzna starta została z powierzchni życia kraju, jak pole kwietne, po którym maszerują sołdackie treny. Ale ziemia białoruska w swym łonie spojona była zwartą więzią polską - niby siecią korzeni. By najdrobniejsze ukazanie się polskości na powierzchni, było zdarzeniem. Słynny śpiewak Mierzwiński na Bazarze zakończył występy odśpiewaniem Krakowiaka - bez słów; entuzjazmowi nie było końca. W Wilnie Halkę śpiewano po francusku. Ubóstwiana śpiewaczka operowa, Dowiakowska, była sprawczynią niesłychanej demonstracji: wyliczono, kiedy odchodzi pociąg do Warszawy. Przyjaciele umieścili w przedziale rzeczy artystki, przed salą występów czekały ogniste konie. W ostatniej chwili zaśpiewała po polsku Krakowiaka. Porwał się obecny na koncercie policmajster, ale nie zdążył: śpiewaczka wyszła tylnym wyjściem i przygalopowała w ostatniej chwili na dworzec.

<...>

Rząd starał się jeszcze bardziej zgnębić polskość przez kościół. Usiłowano wprowadzić nabożeństwa dodatkowe po rosyjsku. Wypadek z księdzem Piotrowiczem, który w Wilnie wszedł na ambonę z odnośnym ukazem carskim w ręku i zapaloną świecą ukaz spalił i potępił (nim suma skończyła się, przed kościołem stała już kibitka, która ruszyła na Sybir), wstrząsnął społeczeństwem. Od tzw. księży „rytualistów", którzy zobowiązali się odprawiać w języku rosyjskim nabożeństwa dodatkowe, odwrócono się ze wstrętem. Rzym ich też wyklął.

W odległym od Kalużyc o dwadzieścia wiorst parafialnym kościele naszym proboszczem był ksiądz Piątkowski, który przygotowywał Czesia do komunii. Gdy nie usłuchał ukazu, poszedł na Syberię. Matka, wracając z Mińska, spotkała go w Borysowie, wiezionego przez żandarmów; zdążyła mu tylko dać skórzaną poduszeczkę na drogę.

Następca zesłanego, ksiądz Woyczyński, poszedł w jego ślady. Kościół stał pusty. Nagle księdza Woyczyńskiego wrócono z Syberii - ugiął się.

Wtedy wszystkie swe potrzeby religijne dom kalużycki zaczął załatwiać w Mińsku, Kownie i Wilnie, w Warszawie, za granicą, byle nie w swojej parafii.

Kiedy w 1891 roku umarła babka Wańkowiczowa, pochowano ją w ogóle bez księdza. Na donos księdza Woyczyńskiego wyznaczono 100 rubli kary na każdą głowę chłopską, obecną na pogrzebie, i 1.000 rubli na każdą szlachecką, ojca zaś skazano na pół roku więzienia. Nie odsiedział go, bo w marcu 1892 roku, na trzeci dzień po powrocie z Karlsbadu, zmarł.

Teraz sąsiedzi, zajmujący się pogrzebem, nie chcieli ryzykować. .Zawiadomiono księdza Woyczyńskiego. Przyjechał z organistą i zakrystianem. Wszedł do hallu. Lokaj Bonifacy, pomocnik Kazimierza, prosi na śniadanie, ale nic nie pomaga: ksiądz pyta, gdzie ciało.

Dają znać matce, która spłakana woła, że nie chce go widzieć, że nie chce, żeby sprzedawczyk profanował zwłoki. Leon Korkozowicz, sąsiad, każe co prędzej zaśrubowywać trumnę. Karol Świacki rzuca na nią zjedzoną przez mole siermięgę katorżniczą zmarłego. Na burym zbutwiałym grzbiecie żółci się naszyty aresztancki znak - as karowy: nie ma dostępu!

Teraz ksiądz wyprowadza ciało, intonując wraz z zakrystianem i organistą „Anioł Pański" po rosyjsku.

Idzie, a stopy go palą, kondukt nie posuwa się za nim.

Dopiero, gdy już przeszedł połowę alei, wysypali się żałobnicy z domu. Trumnę niesiono na rękach do odległego o wiorstę cmentarza. Lipy szumiały górą; dołem sunęła trumna i ludzie śpiewali po polsku „Anioł Pański".

Nad trumną brzmiały rosyjskie słowa. Blady, zaciskając zęby, mój brat cioteczny, Karol Świacki z Bielicy, dał po pięć rubli księdzu, zakrystianowi i organiście.

- Konie czekają przed cmentarną bramą; żegnamy.

Tegoż dnia proboszcz odesłał owe pięć rubli, „przesiąknięte mikrobami nienawiści", jak pisał w liście.

<...>

Jest mi teraz tak pusto na całym świecie i zimno tak obrzydliwie, taki zawieszony jestem między dniem i nocą, taki wybity ze snu, że łóżko ładnej pokojówki, Józki, w którym można by przygarnąć do siebie jędrne ciało dziewczyny, poczuć zapach potu na grubej płóciennej koszuli, rozrzuconych włosów, poczuć zduszony głos, wołający „nie trzeba", i drobne ręce silnie odpychające w milczącej walce - że to wszystko wydaje mi się jedynym azylum.

Cóż to skrzypnęło w przejściu? Krew zbiega do serca. W domu naszym ,straszy". Duchy widzieli, słyszeli najwiarogodniejsi ludzie. Sprowadzono nawet księdza, który dom wyświęcał.

- Gdzie idziesz?

To brat. Wyszedł z łóżka, zbadać, czemu skrzypi posadzka w salonie.

Wielki wstyd. Mam szesnaście lat, brat jest starszy o lat dziesięć. W domu nie było obyczaju napastować służby.

- Do Józi - powiadam z konfuzją.

- No, Boże dopomóż.

Józia ziewa i opędza się znosząc dosyć filozoficznie ryzykowne karesy i perswadując, że „nie trzeba". Ale gdy widzi, że to nie przelewki, zaczyna się drzeć. Alinka śpi o parę pokojów. Jak oparzony wyskakuję z łóżka i pomykam do siebie.

 

<...>

Gdy budzę się, jest południe. Z ciężką, przepaloną głową brnę nad rzekę. Niebawem przychodzi brat. Płyniemy, położeni na bokach, rzucając jedną rękę w przód.

A kiedy, parskając, wyłazimy na mieliznę, brat pyta:

- No i co?

- Nic.

- Józka po gębie dała i wyrzuciła?

 

<...>

Kodeks płciowy białoruski jest zwięzły nad wyraz:

Dziewczyn wiejskich nie zaczepiaj (chyba już straszliwie przypili); pannę z towarzystwa ukrzywdzić - infamia; wszelką inną kobietę przepuścić - rzecz godna potępienia. Chcesz, nie chcesz - a musisz; po to jesteś na świecie. Nie trzeba nikomu skąpić spermy. Jest ona własnością ogółu.

Kiedyś z gwałtem wielkim pod ganek przyleciała mieszczanka z naszego miasteczka - ponoć z zagrodowej szlachty. Ciągnie za sobą młodziutką córkę i skarży się bratu, że rządca odebrał jej niewinność.

Zawrzało oburzeniem wielkim serce suwerena.

Rządca, opalony osiłek, ma jasne uczciwe oczy. Rozmawiają sam na sam w kancelarii; siedzę w gabinecie i słucham.

- Niewinna?

- W łokciu chyba.

- I gościniec wzięła?

- Wzięła.

Głos brata spada o kilka tonów.

- Coś pan jej dał? - pyta z fachowym zainteresowaniem.

- Trzy ruble.

Głos brata nabrzmiewa ojcowską powagą.

- Takich cen jeszcze nie było; pan tu ceny psuje; ile ja bym musiał płacić rządcom, jakby chcieli trzymać się pańskiej taryfy?

Uszczęśliwiony rządca wychodzi, a brat spławia babę z odpowiednia reprymendą.

Swoją drogą wieczorem Malkiewicz otrzymuje polecenie - przydzielić babie jakiś spłachetek łąki. Wszyscy są zadowoleni.

 

<…>

 

Teraz, kiedy z oddali lat i po przebytej rewolucji na te obrzędy spoglądam, wiem, że ci sami ludzie, którzy teraz może są w „kołchozach", byli szczerzy. W układzie ich życia, formowanym wiekami, „pan" był historyczną koniecznością, był słońcem, dookoła którego obracał się system planetarny kilku wsi, był źródłem zarobku i ostoją form życia takiego, do jakiego przywykli. Dawniej, gdy nie stawało pana, nie stawało i ich ognisk domowych - zmiatała je taż sama burza. Teraz, gdyby nie stało pana, Białorus nie umiałby wyobrazić sobie życia.

- Tak jakże biez panou? - zapytywali siebie, pełni zdumienia, kiedy nadbiegać poczęły pierwsze podmuchy rewolucji.

Panowie, rzecz prosta, byli i pozostali aż do końca klasą żyjącą z pracy chłopskiej, która straciwszy drastyczne pańszczyźniane formy, w gruncie rzeczy nacechowana była wielką zależnością od dworu.

<...>

Tak bywało za pańszczyzny[6], za moich czasów zależność też była wielka, chłop ją widział, ale traktował jak naturalny układ świata. Przecież i nam dolega upał, wilgoć, mróz, a jednak wielbimy lato, jesień, zimę, ba... inaczej być nie może, bo - to część naszego życia.

 



[1] Piotr Chmielowski w „Wielkiej Encykl. IIustr." tak m.i. pisze o Bartelsie: „Bartels Artur (1818-1885), piosenkarz i karykaturzysta, otrzymawszy ogładę wykwintną i edukację modną, był znany jako dowcipny i jowialny twórca piosenek i satyr, niekiedy bardzo pieprznych, które krążyły w kółkach znajomych. Dopiero od 1858 r, ukazują się jego „Łapigrosze" z własnoręcznymi karykaturami, „Pan Atanazy Skorupka, człowiek postępowy", komedia trzyaktowa „Serce Brata", jednoaktowa „Niewiniątko". W latach następnych dwa zbiorki piosnek z towarzyszeniem fortepianu (do których sam układał melodie, a z których niektóre jak np. „Ach, Panno Marianno" inscenizował Schiller w „Reducie"), „Goście", oraz „Tydzień Poleski". Daleko atoli więcej pozostało jego pieśni okolicznościowych, zazwyczaj satyrycznie zabarwionych, w rękopiśmie. Cząstkę z nich małą ogłosił Kazimierz Bartoszewicz. Zamiar wydania całej spuścizny rękopiśmiennej Bartelsa nie wszedł dotychczas w wykonanie. Jako świadectwo naszych towarzyskich upodobań, jako charakterystyka właściwej nam jowialności i satyryczności, utwory Bartelsa zasługiwałyby na ogłoszenie drukiem w większym niż dotychczas zbiorze".

[2] Ongiś rezydencja Chodkiewiczów, potem Sieniawskich, wreszcie Czartoryskich, został tym ostatnim, jako optującym za Polską, po pierwszym rozbiorze skonfiskowany na rzecz Potiomkina, po czym przeszedł na kochanka Katarzyny Zoricza, który założył w nim korpus kadecki dla dzieci szlachty białoruskiej.

[3] Właściciel Radziwiłłowa, bo tak się wówczas Borysów nazywał, Ks. Radziwiłł skarżył się cesarzowi, że ma tyle kłopotów z administracją, która go okrada, że sprzedałby Radziwiłłów za 1½ miliona rubli, sumę śmieszną nawet na one czasy. „Za mnoj" powiedział obecny przy tym brat cesarza, ojciec Mikołaja Mikołajewicza. I żadne starania i wykręty magnata następnie nie pomogły: uznano akt za zawarty.

[4] Od 14 pokoleń (od 1517 r.) w ręku Tyszkiewiczów.

[5] z Karaleszczenia

[6] Dziad Karol Wańkowicz, Syn Melchiora i ojciec Melchiora, zmarły w 1854 r., tak pisał w odezwie do obywateli: „Każemy srogo przestępców, którzy w małej ilości cudzą własność naruszą - porachujmy się z sumieniem, za ileż krzywd przyjdzie się nam odpowiedzieć przed Bogiem, za krzywdy tych włościan, którzy, bezbronni, oddani są naszej arbitralnej władzy - których powinniśmy być ojcami, opiekunami, obrońcami"...



Комментариев нет:

Отправить комментарий