Pogrzeby były w owych czasach jedyną manifestacją polsko-
-katolicką dozwoloną publicznie. Nie bywało pogrzebów katolickich nie
tłumnych, prócz bowiem normalnie ciekawych brali udział w kondukcie
obcy, którzy w ten sposób oznajmiali swą katolicką polskość. Prawosław-
ne pogrzeby sprzed soboru były też podniecające, ale czasem straszne,
bo nieraz nieboszczyk leżał w otwartej trumnie.
W Klubie Obywatelskim, gdzie
wieczorami zbierała się śmietanka towarzystwa polskiego, wyżsi urzęd-
nicy rosyjscy oraz notable żydowscy, pan Irteński nieraz grał w winta
z prezesem kazionnej pałaty (izby skarbowej), sędzią sądu okręgowego
i inspektorem rządowego gimnazjum. Nastawał, aby Tadzio od dziecka
nabierał dobrego akcentu rosyjskiego i poprawnie stawiał „udarenija”.
Stronę patriotyczną reprezentowała pani Irteńska. Dom musiał pozosta-
wać twierdzą polszczyzny i nie było mowy o tym, aby Moskal przekro-
czył próg tej twierdzy. O żonach dygnitarzy rosyjskich, które były dla niej
czymś o wiele bardziej egzotycznym niż Żydówki, nie mówiła inaczej jak
o „tych Moskiewicach”. Z przemycanych z Galicji tomików patriotycz-
nych uczyła Tadzia obowiązkowego repertuaru: Mazurek Dąbrowskiego,
Boże coś Polskę, Z dymem pożarów, Reduta Ordona, Kto ty jesteś - Polak
mały.
<...>
Pani Irteńska wpinała nieraz srebrnego polskiego orła - broszkę też
przemyconą z Galicji. Opowiadała z oburzeniem jak kiedyś krawczyni
Rosjanka powiedziała z przekąsem w czasie przymiarki: „A u was, ma-
dam, polskaja ptica”.
<...>
Na jego miejsce
zjawił się hrabia Musin-Puszkin, kawaler, światowiec, przystojny. Może
fakt, że był kawalerem sprawił, że stała się rzecz od czterdziestu lat nie-
słychana: był przyjmowany w domach polskich na stopie towarzyskiej.
Czarował damy polskie piękną francuszczyzną (damy polskie z zasady
nie umiały mówić po rosyjsku), wygłaszał poglądy liberalne, chętnie
świadczył drobne protekcje i ulgi. O niejednej pani mińskiej szeptano, że
się podkochuje w gubernatorze. Wtedy to zaszedł wypadek umacniający
sławę pani Irteńskiej jako dobrej Polki, którą czasem w sferach polsko-
-mieszczańskich (zwanych później endeckimi) żałowano, że ma męża
ugodowca. Było to na przyjęciu w podmińskiej Łoszycy u państwa Eu-
stachostwa Lubańskich w obecności Musin-Puszkina. Poproszono panią
Irteńską, uchodzącą za dobrą pianistkę, aby coś zagrała na fortepianie.
Długo się nie namyślając zaatakowała z brawurą Mazurka Dąbrow-
skiego. (W owych czasach grało się go w tempie mazura, a nie hymnu).
Nastąpiła konsternacja. Gospodarz i pan Michał Wołłowicz ze Mściża
(z rodziny powstańczej) podskoczyli do niej prosząc, aby na miłość Boską
przestała. Nie przestała zanim nie skończyła drugiej zwrotki. Wypadek
nie miał złych następstw. Gubernator albo nie zrozumiał, albo udał,
że nie zrozumiał. Ale wieść o tej scenie obiegła nazajutrz cały polski
Mińsk, który pochwalił odwagę i patriotyzm pani Irteńskiej.
Za Musin-Puszkina (a może jeszcze za Trubeckiego?) odbyła się w Miń-
sku w Ogrodzie Gubernatorskim wielka wystawa rolnicza: wspaniały
pokaz siły ekonomicznej elementów polskich na Litwie. Niemal cały ob-
szar tego pięknego ogrodu w dolinie Świsłoczy został oddany pod stoiska
i pawilony. W pamięci Tadzia pozostały tępe ryje rasowych wieprzy,
huk lokomobili, corso kwiatowe, no ale przede wszystkim: wielki najazd
bliższych i dalszych krewnych na mieszkanie przy placu Katedralnym.
Zjechali Irteńscy, Świętorzeccy, Zanowie - z Abdonem Zanem, synem
wielkiego Tomasza Zana na czele. Abdon Zan - piękny pan z bródką -
był pierwszym lwem wystawy i rozlicznych zabaw wystawowych, mimo
wielkiej konkurencji, gdyż wystawa nie była lada jaką imprezą prowin-
cjonalną; zjechało mnóstwo rolników z różnych ziem polskich nie wyłą-
czając „zagranicy” tj. Galicji i Poznańskiego.
<...>
Aby oszczędzić czytelnikowi i sobie dalszych wtrętów objaśniających,
dam w tym miejscu krótki szkic tła narodowościowego i społecznego ży-
cia w Mińsku i Mińszczyźnie. Ziemiaństwo, czyli - jak wtedy się mówiło
- „obywatelstwo” Mińszczyzny było polskie. Nieliczni ziemianie Rosjanie
władali majątkami nabytymi po konfiskatach powstaniowych i byli po-
twierdzeniem reguły. Fortuny tzw. magnackie były daleko mniej liczne,
niż to się słyszy i czyta obecnie. Przeciętny majątek „obywatelski” miał
paręset dziesięcin ziemi ornej, czyli nawet z punktu widzenia rozsądnej
reformy rolnej nie był „obszarem”. (Obszary leśne stanowiły osobne
i wielce sporne - z uwagi na konserwację bogactw leśnych - zagadnienie.
Nieraz wielkie lasy były własnością jednostki. Prowadziło to czasem do
rabunkowej gospodarki leśnej, ale z reguły sprzyjało ochronie lasów.
Odwrotnie - las rozparcelowany między chłopów przestawał być lasem.
Czasem zmieniał się w pola uprawne, czasem w nieużytki).
Gubernia mińska miała na mapie kształt Afryki wywróconej do góry
nogami. Bez mała trzymilionowa ludność chłopska tego trójkąta mówiła
po białorusku, z wyjątkiem jego podstawy czyli Polesia, gdzie mówiono
osobliwym dialektem zbliżonym do ukraińskiego. Ale wśród tego morza
białoruskiego rozsiane były zaścianki, okolice i zagrody drobnej szlachty,
która zachowała do końca obyczaj i język polski. Szlachty tej liczono
w Mińszczyźnie około 300 tysięcy (tj. nie licząc gubernii wileńskiej,
kowieńskiej, grodzieńskiej, witebskiej i mohylowskiej). O ile szlachta
zaściankowa broniła się zwycięsko przed rusyfikacją, o tyle chłopi bia-
łoruscy ulegali - bardzo powoli - konsekwentnym metodom rusyfikacyj-
nym. W szkołach „sielskich” uczono tylko po rosyjsku. Język białoruski,
którego literatura wtedy dopiero ząbkowała, był prześladowany na równi
z polskim. Młodzież po odbyciu służby wojskowej chełpiła się rusycy-
zmami i uczyła dziewczęta wiejskie piosenek sołdackich, wielkoruskich,
grożących zagładą „zwyczajnym... ponurym, tęsknym, jednostajnym”,
lecz jakże pięknym piosenkom żniwiarek białoruskich. Szczęściem dla
białoruskiego folkloru i języka proces był bardzo powolny. Chłopak
po ukończeniu szkoły sielskiej (jeżeli w ogóle do niej trafił) i parobek
wracający z wojska wpadali z reguły w tzw. analfabetyzm wtórny
i bywali po paru latach dokładnie wessani w środowisko białoruskie. Tylko czapka żołnierska z czerwonym otokiem i oberwanym daszkiem
świadczyła o zetknięciu się z kulturą rosyjską. Zresztą szkół było mało
i ilość analfabetów dochodziła do 90%. Historycy mają do odnotowania
ciekawy paradoks: poczucie odrębności narodowej u współczesnych nam
Białorusinów dużo zawdzięcza ciemnocie mas chłopskich w okresie rzą-
dów carskich. Kler prawosławny - od czasu Piotra I dokładnie „znacjo-
nalizowany” i mający być wedle zamierzeń rusyfikatorów petersburskich
rozsadnikiem nie tylko prawosławia ale i rosyjskości - zupełnie się do
tej roli nie nadawał. Był biedny, ciemny, chciwy. - „Popie oczy, wilcze
gardło - co zobaczy to by żarło” - było chyba pierwszym przysłowiem,
którego się nauczył Tadzio. Oczywiście przysłowie to powtarzali Polacy
szeptem, bo z popami żartów nie było. Nie darmo w czasach już znacznie liberalniejszych, bo po rewolucji 1905, pan Ignacy Borowski z Czer-
wiaków odsiedział kilka dni w areszcie i zapłacił dużą grzywnę za
to, że splunął po spotkaniu popa na ulicy w Mińsku. Ale chodzi
o stosunek ludu do popów. Z czasów wczesnego dzieciństwa utkwiła
w pamięci Tadzia taka scena w ogrodzie. Mars - wspomniany już seter
irlandzki podobny do Napoleona III - szczekał pięknym barytonem,
gdy mu pokazać kawałek chleba i powiedzieć „proś”. Razu pewnego
Tadzio podsłuchał jak Kasia, dziesięcioletnia córka furmana Alek-
sandra, chłopa z wsi Baćków, karmiła Marsa chlebem wołając nie
„proś”, lecz „powiedz jak pop chleba prosi”. W latach późniejszych
przekonał się, że ta scena była symbolem stosunku chłopa białoru-
skiego do popa. Starzy chłopi, pamiętający jeszcze czasy unii lub
wychowani w jej tradycjach byli przeważnie religijni i praktykujący.
Młodsze pokolenie żywiło do kleru prawosławnego pogardę zabar-
wioną humorem.Do cerkwi w niedzielę do pobliskiego sioła Ostrowia
młodzi chodzili wprawdzie tłumnie, ale raczej po to, by w barwnych
koszulach z lakierowanymi paskami upić się monopolką, a potem
obmacywać dziewki w bajecznie kolorowych i farbujących gorsetach.
Tadzio raz zapytał dlaczego lokajczuk Piotruś, chłop ze wsi Baćko-
wa, ma dłonie w czerwone i zielone plamy. Piotruś zaczerwienił się,
a pani Irteńska skarciła syna za zadawanie pytań w sprawach, które
do niego nie należą. Z czasem rozmowy z leśnikami i kłusownikami
miały utwierdzić Tadzia w przekonaniu, że chłop białoruski jest
wolnomyślny, sceptyczny, ba - agnostyczny. Sekt, które prosperowały
na mokrym Polesiu, w tamtych stronach nie było, prócz „kacapów”
tj. starowierów. Starowierzy (staroobrzędowcy), osiedleni w Wielkim
Księstwie Litewskim od czasów Piotra I, rozsiani byli drobnymi wy-
sepkami wśród morza białoruskiego. Zgodnie z nakazami starej wiary
nie pili wódki i nie palili tytoniu. Odznaczali się wysokim wzrostem
i wielką siłą fizyczną. Słynęli jako kołodzieje i niezrównani kopacze
rowów. Byli na ogół uczciwi - z wyjątkiem kradzieży leśnych, których
za grzech nie uważali. O ile chłop gardził popem, o tyle do nielicznych
księży katolickich odnosił się z szacunkiem - przynajmniej zewnętrz-
nym. Chętnie unikał obowiązku pozdrowienia popa i ze smakiem pluł
trzykrotnie po spotkaniu. Wiadomo, że napotkanie popa przynosi
nieszczęście. Przed księżmi jednak skwapliwie uchylał czapki.
Tak wyglądało tło społeczno-narodowościowe wsi. A miasto? Mińsk?
Po dziś dzień pokutuje przekonanie, że Mińsk był najbardziej znisz-
czonym i najbardziej zażydzonym miastem spośród wszystkich miast
dawnej Rzeczypospolitej. Zacznę od Żydów. Zakładając, że „zażydzenie”
stanowić ma koniecznie wadę miasta, stwierdzić przede wszystkim
muszę, że proporcja Żydów mińskich nie była wcale większa od tejże
proporcji w Warszawie, Łodzi lub Wilnie. Zresztą Żydzi są w miejskiej
emulsji narodowościowej elementem dziwnie „elastycznym”. Przed
rokiem 1919 niemal nie słyszało się Żydów mówiących po polsku na
ulicy mińskiej. I oto wszyscy ci Żydzi - starzy i młodzi - zaczęli zupełnie
poprawnie wysławiać się po polsku już na drugi dzień po wkroczeniu
wojsk polskich w sierpniu 1919 roku. Czyżby nauczyli się polskiego
w ciągu 24 godzin? Zarzut zrusyfikowania Mińska wygląda poważniej.
Panuje mniemanie, że prócz garstki ziemiaństwa, dyrektorów banków,
adwokatów, lekarzy, kilku kupców i fabrykantów w Mińsku tak dobrze
jak nie było Polaków. Niestety, nie mam pod ręką odpowiednich staty-
styk. („Niestety” a może na szczęście, jako że musi tkwić źdźbło prawdy
w powiedzeniu „łże jak statystyk”; powiedzenie to - obok powiedzenia
„łże jak naoczny świadek” - od dawna powinno było wejść do skarbnicy
mądrości narodowej). Uważam, że przekonanie o rosyjskości Mińska
opiera się tylko na pozorach. Istotnie - mury mińskie nie wołały wielkim
głosem tak jak mury wileńskie, o polskości miasta, ale działo się to z tej
prostej przyczyny, że tych murów (starych) nie było w Mińsku prawie
wcale. Istotnie - w Mińsku mało było kościołów katolickich, bo tylko
cztery (włączając w to „nowy” kościół zbudowany po roku 1905 przez
Edwarda Woyniłłowicza oraz kościół Kalwaryjski ufundowany przez
cześnika Jana Irteńskiego i położony daleko za miastem), ale też nigdzie
Rosjanie nie przerobili tylu kościołów na cerkwie lub koszary sołdackie,
jak właśnie w Mińsku. I nigdzie chyba nie było takiego tłoku na sumie
niedzielnej, celebrowanej przez dziekana Kazimierza Michalkiewicza
(późniejszego biskupa sufragana wileńskiego), jak w barokowej katedrze
mińskiej Najświętszej Marii Panny, gdzie z trudnością mieściła się tylko
część wiernych z miasta i przedmieść. Istotnie - w zażydzonym i zmo-
skwiczonym śródmieściu rozbrzmiewała mowa rosyjska, lecz wystarczy-
ło pospacerować po przedmieściach: Lachówce Górnej i Dolnej (zapewne
od Lach a więc jakby nomen omen), Uborkach, Komarówce lub Trojeckiej
Górze, gdzie mieszkała ludność najuboższa i najliczniejsza, aby nasycić
uszy mową polską - mową o brzmieniu regionalnym - lecz wcale nie gorszą np. od gwary wileńskiej. Lata przełomowe, jak rok 1905 (o którym
pomówię z czasem obszerniej) lub lata 1917 albo 1919 (o których może
kiedyś zdążę pomówić) wykazały ad oculos jak nikłym pokostem była
„rosyjskość” Mińska. Gdy tylko przez Mińsk przechodził jakiś wstrząs
wolności, polskość wybuchała spontanicznie: na ulicach rozbrzmiewał
język polski, zjawiała się prasa polska, ze sceny i mównicy padało słowo
polskie.
Jeszcze jeden przykład świadczący o roli elementu polskiego w życiu
mińskim. Większość członków rady (tzw. dumy) miejskiej była polska.
Następnie szli Żydzi. Radnych Rosjan była garstka. Od niepamiętnych
czasów i aż do roku 1920 na prezydentów zwanych „głowami” miasta
obierano wyłącznie Polaków. Jeden z nich hr. Karol Hutten-Czapski
z majątku Stańków pod Mińskiem był prezydentem na przełomie
poprzedniego i bieżącego stulecia. Rządził miastem po wielkopańsku,
nieraz dokładając do gospodarki miejskiej z własnej pięknej fortuny.
Gospodarzył po europejsku. Przede wszystkim rozjaśnił mroki mińskie
elektrycznością, a działo się to w czasach, gdy nawet gaz był innowacją.
W okresie, gdy obie stolice imperium tj. Petersburg i Moskwa nie miały
kanalizacji, zamyślił skanalizować Mińsk - biedną, zahukaną i brudną
dziurę prowincjonalną. Duże sumy z prywatnej szkatuły hr. Karola
utonęły w pomiarach i planach. Przedwczesna śmierć nie pozwoliła mu
zakończyć dzieła, które uważał za ambicję swego życia. Następcy jego
uznali projekt za zbyt drogi i postępowy. Do roku 1920 Mińsk pozostał
nieskanalizowany. Znaki pomiarowe wymalowane na narożnikach
kamienic, mające dla młodszego pokolenia znaczenie już tylko niezro-
zumiałych hieroglifów, były jedynym śladem światłych i nowoczesnych
poczynań z okresu „pańskiej” gospodarki hr. Karola Czapskiego.
Czapscy, oraz uważany za dziwaka książę Hieronim Drucki-Lubecki
(o którym jeszcze pomówimy), byli jedynymi przedstawicielami szlachty
utytułowanej w życiu miasta Mińska. Ponieważ jednak miasto nie może
istnieć bez nadającej ton śmietanki towarzyskiej, więc mianem „arysto-
kracji” ochrzczono - oczywiście z odcieniem złośliwości - zamożniej-
szych ziemian, którzy, jak pan Irteński, posiadali majątki ziemskie, lecz
mieszkali stale w mieście zajmując się adwokaturą, przewodniczeniem
instytucjom kredytowym, towarzystwom rolniczym itp. W guberni
mińskiej, podobnie zresztą jak w innych guberniach Litwy i Korony,
sporo było szlachty noszącej mniej lub więcej autentyczne tytuły.
Nie brała ona jednak żadnego udziału w życiu społeczno-towarzyskim
Mińska i wpadała do stolicy guberni tylko z konieczności - na parę dni
- dla załatwienia spraw wymagających osobistego stawiennictwa. Dla
przyjemności wypuszczała się za granicę, albo do Wilna, Warszawy lub
zgoła Petersburga. Unikała Mińska. Nikt zresztą Mińska nie lubił, czy
też udawał, że nie lubił. Odzywanie się o Mińsku z dobroduszną pogardą
należało do dobrego tonu. Gardziła Mińskiem miejscowa inteligencja nie
wyłączając tych, co właśnie w Mińsku dorobili się kariery i pieniędzy.
Gardzili również importowani dygnitarze rosyjscy: dla nich Mińsk był
niemiłym etapem kariery urzędniczej, której celem upragnionym był
rzecz jasna, tylko Petersburg (bo dla „rasowego” urzędnika rosyjskiego
nawet Moskwa była prowincją!). Ba, gardziła Mińskiem finansjera ży-
dowska - edukowana i postępowa - nazywając Mińsk ironicznie „Minsk-
-les-bains” przy czym „Mińsk” wymawiało się z francuska tj. „Męsk”. Nie
wszyscy jednak „mińczucy” gardzili Mińskiem. Nie gardzili mieszkańcy
Lachówki (Górnej i Dolnej), Uborek, Trojeckiej Gory, Komarówki i Ta-
tarskiego Końca. I nie gardził emerytowany autochton, właściciel domku
z ogródkiem przy Podgórnej czy Magazynowej, zażywający ciepła popo-
łudniowego w przechadzce po chwiejnych chodnikach drewnianych, na
których wystukiwał takt spaceru solidną laską z gałką z „kociego oka”.
<...>
Rozdział IV
Borsukowa Grzęda
Wyspy i wysepki takich zaścianków były hojnie rozsiane wśród morza
wsi białoruskich na całej przestrzeni Wielkiego Księstwa Litewskiego.
Mieszkańcy zaścianków nie byli bogaci: niektórzy z nich mieli wpraw-
dzie zagrody pięknie zagospodarowane i zasługujące z punktu widze-
nia terminologii rosyjskiej na miano „kułackich”; większość mało się
jednak różniła ekonomicznie od otaczającego chłopstwa białoruskiego.
Ale różnili się wyglądem: szlachcianki były zawsze obute i żęły w rę-
kawiczkach (czy przędły w rękawiczkach - tego Tadzio nie stwierdził).
Mężczyźni chodzili nie w świtkach, lecz „z waszecia” w ciemnych sur-
dutach, a na głowie mieli albo kapelusze (zupełnie nie noszone przez
chłopów w tych okolicach Białej Rusi) albo maciejówki. Wszyscy byli
nabożnymi katolikami i nie było mowy, aby opuścili mszę niedzielną
w dalekiej Świsłoczy, dalekiej Berezynie lub dalekim Kliczewie. Wszy-
scy mówili po polsku osobliwym językiem, takim jakim mówiono za
Mickiewicza i dawniej. Wyjaśnienie tego fenomenu językowego było
proste: szlachta zaściankowa, choć osiadła na ziemiach Białej Rusi od
kilkuset lat, nie wsiąkła w otaczającą ją masę chłopską i nie zasymilo-
wała się. Zachowała język polski, ale była pozbawiona kontaktów z sze-
rokim światem, a więc z rozwojem języka i literatury. Gdy dwór czytał
polskie gazety, czasopisma i książki, i nadto miał możność kształcenia
dzieci w szkołach polskich lub w domu przez guwernerów, zaścianek
czytał kalendarz, książkę do nabożeństwa albo i nic nie czytał. Język
więc przechodził z pokolenia na pokolenie wyłącznie w drodze tradycji
ustnej. Dzięki temu uchował się w takiej postaci, w jakiej był w końcu
XVIII i na początku XIX stulecia. Czar „Pana Tadeusza” i „wczesne-
go” Mickiewicza objawił się Tadziowi z całą mocą w czasie rozmów
ze szlachtą borsuczyńską.
Jej latynizmy (nieraz używane bez sensu),
archaizmy i prowincjonalizmy „pachniały” Mickiewiczem, pachniały
jak „wianek rękami wieśniaczki osnuty z modrych bławatków i zielonej
ruty”. Strzegąc dawnego obyczaju, zaściankowicze zachowali dumne
poczucie szlacheckiego pochodzenia i trzymali się uparcie szlacheckich
dokumentów, choć wobec skromnych środków pieniężnych procedura
„probowania szlachectwa papierami” w petersburskim departamen-
cie heroldii drogo ich musiała kosztować. Pan Irteński nieraz mówił
Tadziowi: „Daj Boże, żeby połowa dzisiejszych parweniuszy ziemiań-
skich, zwłaszcza w Królestwie, miała papiery w takim porządku
jak Huszczowie!”
Zaścianek zależał, rzecz prosta, od dworu pod wieloma względami.
W zależności tej były echa dawnego stosunku „klienteli” do dworów
magnackich. Od dworu zależały liczne świadczenia: opał z lasu, pasza
w lesie i na pastwiskach, posady ekonomskie i inne. Ale demokratyza-
cja niewoli stworzyła równość psychiczną. Szlachcic zaściankowy miał
respekt do obywatela, ale zarazem czuł się panem na zagrodzie. Jeśli bez
umiarkowania i bez żadnego uzasadnienia tytułował obywatela „panem
sędzią” lub „panem prezydentem”, czynił to wyłącznie siłą przyzwyczaje-
nia, odziedziczonego w prostej linii po tytułomanach z „Pana Tadeusza”.
Stosunek Zaścianka do Wsi był dobrosąsiedzki. Dochodziło czasem do
zatargów. I jak nie miało dochodzić? Dwór z reguły był wspaniałomyślny
i nieraz darował chłopu drobną kradzież leśną lub szkodę w polu. Szlach-
cic zaściankowy trząsł się nad swą własnością z „kułacką” zaciętością
i przewinień takich nie puszczał płazem. Toteż „obywatel” był w oczach
chłopa „panem” - czasem „panem z panów” - zaś szlachcic zaściankowy
był po prostu „szlachcicem”, przy czym wyraz ten często nabierał w ustach
chłopa brzmienia pogardliwego - coś jak wyraz „ciarach” w Królestwie.
No a chłop - zły sąsiad - stawał się w ustach szlachcica „hadem”.
Dwór dbał o intelektualny poziom Zaścianka. Przeczytane gazety,
tygodniki, powieści Kraszewskiego i naturalnie Trylogia (w tanim
wydaniu jubileuszowym) krążyły po zaściankach. Jedna z Huszczówien
„płakała - tak płakała”, gdy pan Wołodyjowski „odebrał sobie życie”.
A pan Hipolit Huszcza oświadczył, że gdyby zaszła potrzeba, to by się
przekradł z oblężonego Zbaraża. Przed rokiem 1905 nie było mowy
o założeniu szkółki polskiej w Baćkowie. Ryzyko było zbyt wielkie: za
mniejsze przewinienia wędrowano „do miejscowości niezbyt oddalo-
nych” (wedle uroczej terminologii urzędowej rosyjskiej). Ale po rewolucji
1905 powstała szkółka dla dzieci „katolickich”: w kraju „iskoni russkim”
nie było mowy o dzieciach „polskich” z dworu i zaścianka. Było to też
nielegalne, ale duch już był inny i strach mniejszy. Pan Irteński trochę się
marszczył, ale pani Irteńska postawiła na swoim. Szkółka zaczęła działać.
Uczono dzieci polskiego z elementarza Promyka i historii polskiej. Oczy-
wiście trzeba było płacić łapówki uriadnikowi i stanowemu prystawowi.
Ale najgorszym wrogiem, bo tajnym, był pop ostrowski. I on dostawał
łapówki. Ale stanowy prystaw ostrzegał poufnie, że pop ostrowski to
taki człowiek, co weźmie a potem pośle donos anonimowy. Jakoś jednak
do tego nie doszło. Szkółka w Baćkowie (i innych dworach) przetrwała
do roku 1915, gdy została oficjalnie uznana przez władze rosyjskie jako
należąca do sieci szkolnej założonej przez mińskie towarzystwo pomocy
ofiarom wojny dla dziatwy „bieżeńskiej” z Kongresówki.
<...>
Domek w Ossowie był właściwie obszerną chatą
chłopską: pośrodku była sień bez okien, w której po ciemku rozlegało
się chrumkanie świń albo gdakanie kur. Po obu stronach sieni były
dwie duże izby mieszkalne. W izbie na lewo prócz łóżek z włóczkowymi
pokryciami i stertą poduszek była twarda lecz pojemna kanapa, stół
politurowany, a na ścianie obligatoryjna tablica modlitw: „Pokój temu
domowi”. Pani Hipolitowa zaściełała kolorowy obrus i przynosiła: to-
piony miód ze świeżymi ogórkami, miód „w plajstrach” dla amatorów
i półmisek razowego chleba. Przyjemnie było ssać kleiste plastry i żuć
wosk. Jeszcze przyjemniej - rozciąć ogórek na dwie połówki i jeść miąższ
łyżką maczaną w miodzie. Razu pewnego wybrano się do Ossowa z gość-
mi - państwem Rożnieckimi z Osmołówki i ich gościem młodym studen-
tem prawa uniwersytetu warszawskiego Wacławem Makowskim, który
w dwadzieścia lat później miał się stać profesorem prawa karnego, jeszcze
później ministrem, a w końcu marszałkiem senatu.
<...>
Szczególną kategorię drobnej szlachty stanowiła szlachta osiadła na
osobnych, nieraz pokaźnych zagrodach. Wedle nomenklatury sowieckiej
należałoby ich nazwać wielkim kułactwem, wedle polskiej - drobnym
ziemiaństwem. Istotnie, ich zagrody miały czasem po kilkanaście włók
ziemi ornej z odpowiednią ilością łąk i lasu. Nieraz bywali o wiele zasob-
niejsi w grosz gotowy od niejednego „obywatela” i niejeden z obywateli
kołatał u takiego kułaka o pożyczkę. Ekonomicznie stali więc o wiele
bliżej ziemiaństwa niż szlachty skupionej w zaściankach i okolicach.
Obyczajowo jednak niczym się nie różnili od zaściankowiczów i dlatego
zaliczano ich ryczałtem do szlachty zaściankowej. Jedna cecha różniła ich
od obywateli-ziemian. Obywatel, nawet najpracowitszy, nigdy by się nie
splamił pracą czysto fizyczną wykonywaną z musu. Innymi słowy, nieraz
kosił dla sportu lub by pokazać leniwemu parobkowi jak trzeba władać
kosą, lecz nigdy nie stanął w rzędzie kosiarzy dla wykonania normalnej
pracy. (Takie herezje zdarzały się tylko jakimś panom Ljowinom w głę-
bokiej Rosji).
Zagrodowiec natomiast, którego zagroda i szkatuła nieraz imponowały
sąsiadowi-obywatelowi i który często miał więcej parobków od tegoż
obywatela, chodził za pługiem, kosił siano i koniczynę, zwoził snopy - na
równi z zaściankowiczem lub chłopem. Jednym z takich zagrodowców
był wspomniany pan Jan Michniewicz. Było ich w okolicach Baćkowa
więcej: Witkowscy, Tumiłowicze, Szpilewscy, Kandybowie. Każdy z nich
był o wiele bogatszy od zacnego potomka półmagnaterii - kochanego
Kubusia Jeśmana z Kobylanki! Ale wśród tych zagrodowców szczególne
miejsce zajmował pan Karabanowicz.
<...>
Ale wracam do Karabano-
wicza. W połowie zeszłego wieku ojciec jego mieszkał na zagrodzie paru
włók ziemi ornej i lasu. Zagroda leżała o kilkanaście wiorst na wschód
od Baćkowa w głuchym zakątku. Był wdowcem i żył dostatnio przy
pomocy trzech dorosłych synów i paru parobków. Pewnej wiosny posta-
nowił zająć się oczyszczeniem obory. Jak wiadomo od czasów króla Au-
giasza oczyszczenie obory (czy stajni, bo to na jedno wychodzi) należało
do przedsięwzięć ciężkich i niecodziennych. Toteż pan Karabanowicz
przybrał sobie do pomocy nie tylko domowników, lecz paru robotników
z pobliskiej wsi. Pracę herkulesową rozpoczęto o świcie i pracowano kilka
godzin bez przerwy, bodąc widłami i łopatami wonne pokłady wystałego
gnoju krowiego. W pewnej chwili widły jednego z robotników uderzyły
w coś twardego z taką siłą, że ząb pękł w połowie. Robotnik zaklął. Ka-
mień? Nie, nie kamień. Otarł wiechciem słomy powłokę oleistej gnojówki
z wypukłej powierzchni wywróconego dnem do góry kotła żelaznego.
Robotnicy przer
wali pracę i zaczęli się dzielić uwagami. Pan Karabanowicz wyjrzał
przez drzwi obory na dość wysoko już tkwiące w niebie słońce: do pory
południowania pozostawała jeszcze dobra godzina. Mimo to powiedział:
- No, możecie już iść południować, a ja tu jeszcze zostanę.
Robotnicy poszli bez słowa. Synowie próbowali oponować, lecz skar-
ceni przez ojca też wyszli. A gdy po godzinie rozpoczęto pracę na nowo
- żelaznego kotła już nie było. Zapytany Karabanowicz odburknął, że był
to „czerep” i że go gdzieś wyrzucił.
Шавельский, Последнее воссоединение с православной церковью униатов Белорусской епархии
Шавельский, Последнее воссоединение с православной церковью униатов Белорусской епархии. ссылка №2




Комментариев нет:
Отправить комментарий