Объявление

понедельник, 22 декабря 2025 г.

Произведение Михала Кришпина Павликовского «Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego»

 

 Pogrzeby były w owych czasach jedyną manifestacją polsko-

-katolicką dozwoloną publicznie. Nie bywało pogrzebów katolickich nie 

tłumnych, prócz bowiem normalnie ciekawych brali udział w kondukcie 

obcy, którzy w ten sposób oznajmiali swą katolicką polskość. Prawosław-

ne pogrzeby sprzed soboru były też podniecające, ale czasem straszne,   

bo nieraz nieboszczyk leżał w otwartej trumnie.


W Klubie Obywatelskim, gdzie 

wieczorami zbierała się śmietanka towarzystwa polskiego, wyżsi urzęd-

nicy rosyjscy oraz notable żydowscy, pan Irteński nieraz grał w winta 

z prezesem kazionnej pałaty (izby skarbowej), sędzią sądu okręgowego 

i  inspektorem rządowego gimnazjum. Nastawał, aby Tadzio od dziecka 

nabierał dobrego akcentu rosyjskiego i  poprawnie stawiał „udarenija”. 

Stronę patriotyczną reprezentowała pani Irteńska. Dom musiał pozosta-

wać twierdzą polszczyzny i nie było mowy o tym, aby Moskal przekro-

czył próg tej twierdzy. O żonach dygnitarzy rosyjskich, które były dla niej 

czymś o wiele bardziej egzotycznym niż Żydówki, nie mówiła inaczej jak 

o „tych Moskiewicach”. Z przemycanych z Galicji tomików patriotycz-

nych uczyła Tadzia obowiązkowego repertuaru: Mazurek Dąbrowskiego, 

Boże coś Polskę, Z dymem pożarów, Reduta Ordona, Kto ty jesteś - Polak 

mały. 

<...>

Pani Irteńska wpinała nieraz srebrnego polskiego orła - broszkę też 

przemyconą z Galicji. Opowiadała z oburzeniem jak kiedyś krawczyni 

Rosjanka powiedziała z przekąsem w czasie przymiarki: „A u was, ma-

dam, polskaja ptica”.

<...>

Na jego miejsce 

zjawił się hrabia Musin-Puszkin, kawaler, światowiec, przystojny. Może 

fakt, że był kawalerem sprawił, że stała się rzecz od czterdziestu lat nie-

słychana: był przyjmowany w domach polskich na stopie towarzyskiej. 

Czarował damy polskie piękną francuszczyzną (damy polskie z  zasady 

nie umiały mówić po rosyjsku), wygłaszał poglądy liberalne, chętnie 

świadczył drobne protekcje i ulgi. O niejednej pani mińskiej szeptano, że 

się podkochuje w gubernatorze. Wtedy to zaszedł wypadek umacniający 

sławę pani Irteńskiej jako dobrej Polki, którą czasem w sferach polsko-

-mieszczańskich (zwanych później endeckimi) żałowano, że ma męża 

ugodowca. Było to na przyjęciu w podmińskiej Łoszycy u państwa Eu-

stachostwa Lubańskich w obecności Musin-Puszkina. Poproszono panią 

Irteńską, uchodzącą za dobrą pianistkę, aby coś zagrała na fortepianie. 

Długo się nie namyślając zaatakowała z  brawurą Mazurka Dąbrow-

skiego. (W owych czasach grało się go w tempie mazura, a nie hymnu). 

Nastąpiła konsternacja. Gospodarz i pan Michał Wołłowicz ze Mściża   

(z rodziny powstańczej) podskoczyli do niej prosząc, aby na miłość Boską 

przestała. Nie przestała zanim nie skończyła drugiej zwrotki. Wypadek 

nie miał złych następstw. Gubernator albo nie zrozumiał, albo udał,   

że nie zrozumiał. Ale wieść o  tej scenie obiegła nazajutrz cały polski 

Mińsk, który pochwalił odwagę i patriotyzm pani Irteńskiej.

Za Musin-Puszkina (a może jeszcze za Trubeckiego?) odbyła się w Miń-

sku w  Ogrodzie Gubernatorskim wielka wystawa rolnicza: wspaniały 

pokaz siły ekonomicznej elementów polskich na Litwie. Niemal cały ob-

szar tego pięknego ogrodu w dolinie Świsłoczy został oddany pod stoiska 

i  pawilony. W  pamięci Tadzia pozostały tępe ryje rasowych wieprzy, 

huk lokomobili, corso kwiatowe, no ale przede wszystkim: wielki najazd 

bliższych i dalszych krewnych na mieszkanie przy placu Katedralnym. 

Zjechali Irteńscy, Świętorzeccy, Zanowie - z Abdonem Zanem, synem 

wielkiego Tomasza Zana na czele. Abdon Zan - piękny pan z bródką - 

był pierwszym lwem wystawy i rozlicznych zabaw wystawowych, mimo 

wielkiej konkurencji, gdyż wystawa nie była lada jaką imprezą prowin-

cjonalną; zjechało mnóstwo rolników z różnych ziem polskich nie wyłą-

czając „zagranicy” tj. Galicji i Poznańskiego. 

<...>

Aby oszczędzić czytelnikowi i sobie dalszych wtrętów objaśniających, 

dam w tym miejscu krótki szkic tła narodowościowego i społecznego ży-

cia w Mińsku i Mińszczyźnie. Ziemiaństwo, czyli - jak wtedy się mówiło 

- „obywatelstwo” Mińszczyzny było polskie. Nieliczni ziemianie Rosjanie 

władali majątkami nabytymi po konfiskatach powstaniowych i byli po-

twierdzeniem reguły. Fortuny tzw. magnackie były daleko mniej liczne, 

niż to się słyszy i czyta obecnie. Przeciętny majątek „obywatelski” miał 

paręset dziesięcin ziemi ornej, czyli nawet z punktu widzenia rozsądnej 

reformy rolnej nie był „obszarem”. (Obszary leśne stanowiły osobne 

i wielce sporne - z uwagi na konserwację bogactw leśnych - zagadnienie. 

Nieraz wielkie lasy były własnością jednostki. Prowadziło to czasem do 

rabunkowej gospodarki leśnej, ale z  reguły sprzyjało ochronie lasów. 

Odwrotnie - las rozparcelowany między chłopów przestawał być lasem. 

Czasem zmieniał się w pola uprawne, czasem w nieużytki).

Gubernia mińska miała na mapie kształt Afryki wywróconej do góry 

nogami. Bez mała trzymilionowa ludność chłopska tego trójkąta mówiła 

po białorusku, z wyjątkiem jego podstawy czyli Polesia, gdzie mówiono 

osobliwym dialektem zbliżonym do ukraińskiego. Ale wśród tego morza 

białoruskiego rozsiane były zaścianki, okolice i zagrody drobnej szlachty, 

która zachowała do końca obyczaj i  język polski. Szlachty tej liczono 

w Mińszczyźnie około 300 tysięcy (tj. nie licząc gubernii wileńskiej, 

kowieńskiej, grodzieńskiej, witebskiej i  mohylowskiej). O  ile szlachta 

zaściankowa broniła się zwycięsko przed rusyfikacją, o  tyle chłopi bia-

łoruscy ulegali - bardzo powoli - konsekwentnym metodom rusyfikacyj-

nym. W szkołach „sielskich” uczono tylko po rosyjsku. Język białoruski, 

którego literatura wtedy dopiero ząbkowała, był prześladowany na równi 

z  polskim. Młodzież po odbyciu służby wojskowej chełpiła się rusycy-

zmami i uczyła dziewczęta wiejskie piosenek sołdackich, wielkoruskich, 

grożących zagładą „zwyczajnym... ponurym, tęsknym, jednostajnym”, 

lecz jakże pięknym piosenkom żniwiarek białoruskich. Szczęściem dla 

białoruskiego folkloru i  języka proces był bardzo powolny. Chłopak 

po ukończeniu szkoły sielskiej (jeżeli w  ogóle do niej trafił) i  parobek 

wracający z  wojska wpadali z  reguły w  tzw. analfabetyzm wtórny 

i  bywali po paru latach dokładnie wessani w  środowisko białoruskie. Tylko czapka żołnierska z czerwonym otokiem i oberwanym daszkiem 

świadczyła o zetknięciu się z kulturą rosyjską. Zresztą szkół było mało 

i ilość analfabetów dochodziła do 90%. Historycy mają do odnotowania 

ciekawy paradoks: poczucie odrębności narodowej u współczesnych nam 

Białorusinów dużo zawdzięcza ciemnocie mas chłopskich w okresie rzą-

dów carskich. Kler prawosławny - od czasu Piotra I dokładnie „znacjo-

nalizowany” i mający być wedle zamierzeń rusyfikatorów petersburskich 

rozsadnikiem nie tylko prawosławia ale i  rosyjskości - zupełnie się do 

tej roli nie nadawał. Był biedny, ciemny, chciwy. - „Popie oczy, wilcze 

gardło - co zobaczy to by żarło” - było chyba pierwszym przysłowiem, 

którego się nauczył Tadzio. Oczywiście przysłowie to powtarzali Polacy 

szeptem, bo z popami żartów nie było. Nie darmo w czasach już znacznie liberalniejszych, bo po rewolucji 1905, pan Ignacy Borowski z Czer-

wiaków odsiedział kilka dni w  areszcie i  zapłacił dużą grzywnę za 

to, że splunął po spotkaniu popa na ulicy w Mińsku. Ale chodzi 

o stosunek ludu do popów. Z czasów wczesnego dzieciństwa utkwiła 

w pamięci Tadzia taka scena w ogrodzie. Mars - wspomniany już seter 

irlandzki podobny do Napoleona III - szczekał pięknym barytonem, 

gdy mu pokazać kawałek chleba i powiedzieć „proś”. Razu pewnego 

Tadzio podsłuchał jak Kasia, dziesięcioletnia córka furmana Alek-

sandra, chłopa z  wsi Baćków, karmiła Marsa chlebem wołając nie 

„proś”, lecz „powiedz jak pop chleba prosi”. W  latach późniejszych 

przekonał się, że ta scena była symbolem stosunku chłopa białoru-

skiego do popa. Starzy chłopi, pamiętający jeszcze czasy unii lub 

wychowani w  jej tradycjach byli przeważnie religijni i praktykujący. 

Młodsze pokolenie żywiło do kleru prawosławnego pogardę zabar-

wioną humorem.Do cerkwi w niedzielę do pobliskiego sioła Ostrowia 

młodzi chodzili wprawdzie tłumnie, ale raczej po to, by w barwnych 

koszulach z  lakierowanymi paskami upić się monopolką, a  potem 

obmacywać dziewki w bajecznie kolorowych i farbujących gorsetach. 

Tadzio raz zapytał dlaczego lokajczuk Piotruś, chłop ze wsi Baćko-

wa, ma dłonie w czerwone i zielone plamy. Piotruś zaczerwienił się, 

a pani Irteńska skarciła syna za zadawanie pytań w sprawach, które 

do niego nie należą. Z czasem rozmowy z leśnikami i kłusownikami 

miały utwierdzić Tadzia w  przekonaniu, że chłop białoruski jest 

wolnomyślny, sceptyczny, ba - agnostyczny. Sekt, które prosperowały 

na mokrym Polesiu, w  tamtych stronach nie było, prócz „kacapów” 

tj. starowierów. Starowierzy (staroobrzędowcy), osiedleni w Wielkim 

Księstwie Litewskim od czasów Piotra I, rozsiani byli drobnymi wy-

sepkami wśród morza białoruskiego. Zgodnie z nakazami starej wiary 

nie pili wódki i nie palili tytoniu. Odznaczali się wysokim wzrostem 

i wielką siłą fizyczną. Słynęli jako kołodzieje i niezrównani kopacze 

rowów. Byli na ogół uczciwi - z wyjątkiem kradzieży leśnych, których 

za grzech nie uważali. O ile chłop gardził popem, o tyle do nielicznych 

księży katolickich odnosił się z szacunkiem - przynajmniej zewnętrz-

nym. Chętnie unikał obowiązku pozdrowienia popa i ze smakiem pluł 

trzykrotnie po spotkaniu. Wiadomo, że napotkanie popa przynosi 

nieszczęście. Przed księżmi jednak skwapliwie uchylał czapki.

Tak wyglądało tło społeczno-narodowościowe wsi. A miasto? Mińsk?

Po dziś dzień pokutuje przekonanie, że Mińsk był najbardziej znisz-

czonym i  najbardziej zażydzonym miastem spośród wszystkich miast 

dawnej Rzeczypospolitej. Zacznę od Żydów. Zakładając, że „zażydzenie” 

stanowić ma koniecznie wadę miasta, stwierdzić przede wszystkim 

muszę, że proporcja Żydów mińskich nie była wcale większa od tejże 

proporcji w Warszawie, Łodzi lub Wilnie. Zresztą Żydzi są w miejskiej 

emulsji narodowościowej elementem dziwnie „elastycznym”. Przed 

rokiem 1919 niemal nie słyszało się Żydów mówiących po polsku na 

ulicy mińskiej. I oto wszyscy ci Żydzi - starzy i młodzi - zaczęli zupełnie 

poprawnie wysławiać się po polsku już na drugi dzień po wkroczeniu 

wojsk polskich w  sierpniu 1919 roku. Czyżby nauczyli się polskiego 

w ciągu 24 godzin? Zarzut zrusyfikowania Mińska wygląda poważniej. 

Panuje mniemanie, że prócz garstki ziemiaństwa, dyrektorów banków, 

adwokatów, lekarzy, kilku kupców i  fabrykantów w Mińsku tak dobrze 

jak nie było Polaków. Niestety, nie mam pod ręką odpowiednich staty-

styk. („Niestety” a może na szczęście, jako że musi tkwić źdźbło prawdy 

w powiedzeniu „łże jak statystyk”; powiedzenie to - obok powiedzenia 

„łże jak naoczny świadek” - od dawna powinno było wejść do skarbnicy 

mądrości narodowej). Uważam, że przekonanie o  rosyjskości Mińska 

opiera się tylko na pozorach. Istotnie - mury mińskie nie wołały wielkim 

głosem tak jak mury wileńskie, o polskości miasta, ale działo się to z tej 

prostej przyczyny, że tych murów (starych) nie było w Mińsku prawie 

wcale. Istotnie - w Mińsku mało było kościołów katolickich, bo tylko 

cztery (włączając w  to „nowy” kościół zbudowany po roku 1905 przez 

Edwarda Woyniłłowicza oraz kościół Kalwaryjski ufundowany przez 

cześnika Jana Irteńskiego i położony daleko za miastem), ale też nigdzie 

Rosjanie nie przerobili tylu kościołów na cerkwie lub koszary sołdackie, 

jak właśnie w Mińsku. I nigdzie chyba nie było takiego tłoku na sumie 

niedzielnej, celebrowanej przez dziekana Kazimierza Michalkiewicza 

(późniejszego biskupa sufragana wileńskiego), jak w barokowej katedrze 

mińskiej Najświętszej Marii Panny, gdzie z trudnością mieściła się tylko 

część wiernych z miasta i przedmieść. Istotnie - w zażydzonym i zmo-

skwiczonym śródmieściu rozbrzmiewała mowa rosyjska, lecz wystarczy-

ło pospacerować po przedmieściach: Lachówce Górnej i Dolnej (zapewne 

od Lach a więc jakby nomen omen), Uborkach, Komarówce lub Trojeckiej 

Górze, gdzie mieszkała ludność najuboższa i najliczniejsza, aby nasycić 

uszy mową polską - mową o  brzmieniu regionalnym - lecz wcale nie gorszą np. od gwary wileńskiej. Lata przełomowe, jak rok 1905 (o którym 

pomówię z czasem obszerniej) lub lata 1917 albo 1919 (o których może 

kiedyś zdążę pomówić) wykazały ad oculos jak nikłym pokostem była 

„rosyjskość” Mińska. Gdy tylko przez Mińsk przechodził jakiś wstrząs 

wolności, polskość wybuchała spontanicznie: na ulicach rozbrzmiewał 

język polski, zjawiała się prasa polska, ze sceny i mównicy padało słowo 

polskie.

Jeszcze jeden przykład świadczący o  roli elementu polskiego w  życiu 

mińskim. Większość członków rady (tzw. dumy) miejskiej była polska. 

Następnie szli Żydzi. Radnych Rosjan była garstka. Od niepamiętnych 

czasów i  aż do roku 1920 na prezydentów zwanych „głowami” miasta 

obierano wyłącznie Polaków. Jeden z  nich hr. Karol Hutten-Czapski 

z  majątku Stańków pod Mińskiem był prezydentem na przełomie 

poprzedniego i  bieżącego stulecia. Rządził miastem po wielkopańsku, 

nieraz dokładając do gospodarki miejskiej z  własnej pięknej fortuny. 

Gospodarzył po europejsku. Przede wszystkim rozjaśnił mroki mińskie 

elektrycznością, a działo się to w czasach, gdy nawet gaz był innowacją. 

W okresie, gdy obie stolice imperium tj. Petersburg i Moskwa nie miały 

kanalizacji, zamyślił skanalizować Mińsk - biedną, zahukaną i brudną 

dziurę prowincjonalną. Duże sumy z  prywatnej szkatuły hr. Karola 

utonęły w pomiarach i planach. Przedwczesna śmierć nie pozwoliła mu 

zakończyć dzieła, które uważał za ambicję swego życia. Następcy jego 

uznali projekt za zbyt drogi i postępowy. Do roku 1920 Mińsk pozostał 

nieskanalizowany. Znaki pomiarowe wymalowane na narożnikach 

kamienic, mające dla młodszego pokolenia znaczenie już tylko niezro-

zumiałych hieroglifów, były jedynym śladem światłych i nowoczesnych 

poczynań z okresu „pańskiej” gospodarki hr. Karola Czapskiego.

Czapscy, oraz uważany za dziwaka książę Hieronim Drucki-Lubecki 

(o którym jeszcze pomówimy), byli jedynymi przedstawicielami szlachty 

utytułowanej w życiu miasta Mińska. Ponieważ jednak miasto nie może 

istnieć bez nadającej ton śmietanki towarzyskiej, więc mianem „arysto-

kracji” ochrzczono - oczywiście z  odcieniem złośliwości - zamożniej-

szych ziemian, którzy, jak pan Irteński, posiadali majątki ziemskie, lecz 

mieszkali stale w mieście zajmując się adwokaturą, przewodniczeniem 

instytucjom kredytowym, towarzystwom rolniczym itp. W  guberni 

mińskiej, podobnie zresztą jak w  innych guberniach Litwy i  Korony, 

sporo było szlachty noszącej mniej lub więcej autentyczne tytuły. 

Nie brała ona jednak żadnego udziału w życiu społeczno-towarzyskim 

Mińska i wpadała do stolicy guberni tylko z konieczności - na parę dni 

- dla załatwienia spraw wymagających osobistego stawiennictwa. Dla 

przyjemności wypuszczała się za granicę, albo do Wilna, Warszawy lub 

zgoła Petersburga. Unikała Mińska. Nikt zresztą Mińska nie lubił, czy 

też udawał, że nie lubił. Odzywanie się o Mińsku z dobroduszną pogardą 

należało do dobrego tonu. Gardziła Mińskiem miejscowa inteligencja nie 

wyłączając tych, co właśnie w Mińsku dorobili się kariery i pieniędzy. 

Gardzili również importowani dygnitarze rosyjscy: dla nich Mińsk był 

niemiłym etapem kariery urzędniczej, której celem upragnionym był 

rzecz jasna, tylko Petersburg (bo dla „rasowego” urzędnika rosyjskiego 

nawet Moskwa była prowincją!). Ba, gardziła Mińskiem finansjera ży-

dowska - edukowana i postępowa - nazywając Mińsk ironicznie „Minsk-

-les-bains” przy czym „Mińsk” wymawiało się z francuska tj. „Męsk”. Nie 

wszyscy jednak „mińczucy” gardzili Mińskiem. Nie gardzili mieszkańcy 

Lachówki (Górnej i Dolnej), Uborek, Trojeckiej Gory, Komarówki i Ta-

tarskiego Końca. I nie gardził emerytowany autochton, właściciel domku 

z ogródkiem przy Podgórnej czy Magazynowej, zażywający ciepła popo-

łudniowego w przechadzce po chwiejnych chodnikach drewnianych, na 

których wystukiwał takt spaceru solidną laską z gałką z „kociego oka”.

<...>

Rozdział IV

Borsukowa Grzęda

Wyspy i wysepki takich zaścianków były hojnie rozsiane wśród morza 

wsi białoruskich na całej przestrzeni Wielkiego Księstwa Litewskiego. 

Mieszkańcy zaścianków nie byli bogaci: niektórzy z nich mieli wpraw-

dzie zagrody pięknie zagospodarowane i zasługujące z punktu widze-

nia terminologii rosyjskiej na miano „kułackich”; większość mało się 

jednak różniła ekonomicznie od otaczającego chłopstwa białoruskiego. 

Ale różnili się wyglądem: szlachcianki były zawsze obute i żęły w rę-

kawiczkach (czy przędły w rękawiczkach - tego Tadzio nie stwierdził). 

Mężczyźni chodzili nie w świtkach, lecz „z waszecia” w ciemnych sur-

dutach, a na głowie mieli albo kapelusze (zupełnie nie noszone przez 

chłopów w  tych okolicach Białej Rusi) albo maciejówki. Wszyscy byli 

nabożnymi katolikami i nie było mowy, aby opuścili mszę niedzielną 

w dalekiej Świsłoczy, dalekiej Berezynie lub dalekim Kliczewie. Wszy-

scy mówili po polsku osobliwym językiem, takim jakim mówiono za 

Mickiewicza i  dawniej. Wyjaśnienie tego fenomenu językowego było 

proste: szlachta zaściankowa, choć osiadła na ziemiach Białej Rusi od 

kilkuset lat, nie wsiąkła w otaczającą ją masę chłopską i nie zasymilo-

wała się. Zachowała język polski, ale była pozbawiona kontaktów z sze-

rokim światem, a więc z rozwojem języka i literatury. Gdy dwór czytał 

polskie gazety, czasopisma i książki, i nadto miał możność kształcenia 

dzieci w  szkołach polskich lub w domu przez guwernerów, zaścianek 

czytał kalendarz, książkę do nabożeństwa albo i nic nie czytał. Język 

więc przechodził z pokolenia na pokolenie wyłącznie w drodze tradycji 

ustnej. Dzięki temu uchował się w takiej postaci, w jakiej był w końcu 

XVIII i na początku XIX stulecia. Czar „Pana Tadeusza” i „wczesne-

go” Mickiewicza objawił się Tadziowi z  całą mocą w  czasie rozmów 

ze szlachtą borsuczyńską. 


Jej latynizmy (nieraz używane bez sensu), 

archaizmy i prowincjonalizmy „pachniały” Mickiewiczem, pachniały 

jak „wianek rękami wieśniaczki osnuty z modrych bławatków i zielonej 

ruty”. Strzegąc dawnego obyczaju, zaściankowicze zachowali dumne 

poczucie szlacheckiego pochodzenia i trzymali się uparcie szlacheckich 

dokumentów, choć wobec skromnych środków pieniężnych procedura 

„probowania szlachectwa papierami” w  petersburskim departamen-

cie heroldii drogo ich musiała kosztować. Pan Irteński nieraz mówił 

Tadziowi: „Daj Boże, żeby połowa dzisiejszych parweniuszy ziemiań-

skich, zwłaszcza w  Królestwie, miała papiery w  takim porządku   

jak Huszczowie!”


Zaścianek zależał, rzecz prosta, od dworu pod wieloma względami. 

W  zależności tej były echa dawnego stosunku „klienteli” do dworów 

magnackich. Od dworu zależały liczne świadczenia: opał z  lasu, pasza 

w  lesie i na pastwiskach, posady ekonomskie i  inne. Ale demokratyza-

cja niewoli stworzyła równość psychiczną. Szlachcic zaściankowy miał 

respekt do obywatela, ale zarazem czuł się panem na zagrodzie. Jeśli bez 

umiarkowania i bez żadnego uzasadnienia tytułował obywatela „panem 

sędzią” lub „panem prezydentem”, czynił to wyłącznie siłą przyzwyczaje-

nia, odziedziczonego w prostej linii po tytułomanach z „Pana Tadeusza”.

Stosunek Zaścianka do Wsi był dobrosąsiedzki. Dochodziło czasem do 

zatargów. I jak nie miało dochodzić? Dwór z reguły był wspaniałomyślny 

i nieraz darował chłopu drobną kradzież leśną lub szkodę w polu. Szlach-

cic zaściankowy trząsł się nad swą własnością z  „kułacką” zaciętością 

i przewinień takich nie puszczał płazem. Toteż „obywatel” był w oczach 

chłopa „panem” - czasem „panem z panów” - zaś szlachcic zaściankowy 

był po prostu „szlachcicem”, przy czym wyraz ten często nabierał w ustach 

chłopa brzmienia pogardliwego - coś jak wyraz „ciarach” w Królestwie. 

No a chłop - zły sąsiad - stawał się w ustach szlachcica „hadem”.


Dwór dbał o  intelektualny poziom Zaścianka. Przeczytane gazety, 

tygodniki, powieści Kraszewskiego i  naturalnie Trylogia (w tanim 

wydaniu jubileuszowym) krążyły po zaściankach. Jedna z Huszczówien 

„płakała - tak płakała”, gdy pan Wołodyjowski „odebrał sobie życie”. 

A pan Hipolit Huszcza oświadczył, że gdyby zaszła potrzeba, to by się 

przekradł z  oblężonego Zbaraża. Przed rokiem 1905 nie było mowy 

o  założeniu szkółki polskiej w Baćkowie. Ryzyko było zbyt wielkie: za 

mniejsze przewinienia wędrowano „do miejscowości niezbyt oddalo-

nych” (wedle uroczej terminologii urzędowej rosyjskiej). Ale po rewolucji 

1905 powstała szkółka dla dzieci „katolickich”: w kraju „iskoni russkim” 

nie było mowy o dzieciach „polskich” z dworu i zaścianka. Było to też 

nielegalne, ale duch już był inny i strach mniejszy. Pan Irteński trochę się 

marszczył, ale pani Irteńska postawiła na swoim. Szkółka zaczęła działać. 

Uczono dzieci polskiego z elementarza Promyka i historii polskiej. Oczy-

wiście trzeba było płacić łapówki uriadnikowi i stanowemu prystawowi. 

Ale najgorszym wrogiem, bo tajnym, był pop ostrowski. I on dostawał 

łapówki. Ale stanowy prystaw ostrzegał poufnie, że pop ostrowski to 

taki człowiek, co weźmie a potem pośle donos anonimowy. Jakoś jednak 

do tego nie doszło. Szkółka w Baćkowie (i innych dworach) przetrwała 


do roku 1915, gdy została oficjalnie uznana przez władze rosyjskie jako 

należąca do sieci szkolnej założonej przez mińskie towarzystwo pomocy 

ofiarom wojny dla dziatwy „bieżeńskiej” z Kongresówki.

<...>

Domek w Ossowie był właściwie obszerną chatą 

chłopską: pośrodku była sień bez okien, w  której po ciemku rozlegało 

się chrumkanie świń albo gdakanie kur. Po obu stronach sieni były 

dwie duże izby mieszkalne. W izbie na lewo prócz łóżek z włóczkowymi

pokryciami i  stertą poduszek była twarda lecz pojemna kanapa, stół 

politurowany, a na ścianie obligatoryjna tablica modlitw: „Pokój temu 

domowi”. Pani Hipolitowa zaściełała kolorowy obrus i  przynosiła: to-

piony miód ze świeżymi ogórkami, miód „w plajstrach” dla amatorów 

i półmisek razowego chleba. Przyjemnie było ssać kleiste plastry i  żuć 

wosk. Jeszcze przyjemniej - rozciąć ogórek na dwie połówki i jeść miąższ 

łyżką maczaną w miodzie. Razu pewnego wybrano się do Ossowa z gość-

mi - państwem Rożnieckimi z Osmołówki i ich gościem młodym studen-

tem prawa uniwersytetu warszawskiego Wacławem Makowskim, który 

w dwadzieścia lat później miał się stać profesorem prawa karnego, jeszcze 

później ministrem, a w końcu marszałkiem senatu. 

<...>

Szczególną kategorię drobnej szlachty stanowiła szlachta osiadła na 

osobnych, nieraz pokaźnych zagrodach. Wedle nomenklatury sowieckiej 

należałoby ich nazwać wielkim kułactwem, wedle polskiej - drobnym 

ziemiaństwem. Istotnie, ich zagrody miały czasem po kilkanaście włók 

ziemi ornej z odpowiednią ilością łąk i lasu. Nieraz bywali o wiele zasob-

niejsi w grosz gotowy od niejednego „obywatela” i niejeden z obywateli 

kołatał u  takiego kułaka o  pożyczkę. Ekonomicznie stali więc o wiele

bliżej ziemiaństwa niż szlachty skupionej w  zaściankach i  okolicach. 

Obyczajowo jednak niczym się nie różnili od zaściankowiczów i dlatego 

zaliczano ich ryczałtem do szlachty zaściankowej. Jedna cecha różniła ich 

od obywateli-ziemian. Obywatel, nawet najpracowitszy, nigdy by się nie 

splamił pracą czysto fizyczną wykonywaną z musu. Innymi słowy, nieraz 

kosił dla sportu lub by pokazać leniwemu parobkowi jak trzeba władać 

kosą, lecz nigdy nie stanął w rzędzie kosiarzy dla wykonania normalnej 

pracy. (Takie herezje zdarzały się tylko jakimś panom Ljowinom w głę-

bokiej Rosji).

Zagrodowiec natomiast, którego zagroda i szkatuła nieraz imponowały 

sąsiadowi-obywatelowi i  który często miał więcej parobków od tegoż 

obywatela, chodził za pługiem, kosił siano i koniczynę, zwoził snopy - na 

równi z zaściankowiczem lub chłopem. Jednym z  takich zagrodowców 

był wspomniany pan Jan Michniewicz. Było ich w  okolicach Baćkowa 

więcej: Witkowscy, Tumiłowicze, Szpilewscy, Kandybowie. Każdy z nich 

był o wiele bogatszy od zacnego potomka półmagnaterii - kochanego 

Kubusia Jeśmana z Kobylanki! Ale wśród tych zagrodowców szczególne 

miejsce zajmował pan Karabanowicz.

<...>

Ale wracam do Karabano-

wicza. W połowie zeszłego wieku ojciec jego mieszkał na zagrodzie paru 

włók ziemi ornej i  lasu. Zagroda leżała o kilkanaście wiorst na wschód 

od Baćkowa w  głuchym zakątku. Był wdowcem i  żył dostatnio przy 

pomocy trzech dorosłych synów i paru parobków. Pewnej wiosny posta-

nowił zająć się oczyszczeniem obory. Jak wiadomo od czasów króla Au-

giasza oczyszczenie obory (czy stajni, bo to na jedno wychodzi) należało 

do przedsięwzięć ciężkich i  niecodziennych. Toteż pan Karabanowicz 

przybrał sobie do pomocy nie tylko domowników, lecz paru robotników 

z pobliskiej wsi. Pracę herkulesową rozpoczęto o świcie i pracowano kilka 

godzin bez przerwy, bodąc widłami i łopatami wonne pokłady wystałego 

gnoju krowiego. W pewnej chwili widły jednego z robotników uderzyły 

w coś twardego z taką siłą, że ząb pękł w połowie. Robotnik zaklął. Ka-

mień? Nie, nie kamień. Otarł wiechciem słomy powłokę oleistej gnojówki 

z wypukłej powierzchni wywróconego dnem do góry kotła żelaznego. 

Robotnicy przer

wali pracę i  zaczęli się dzielić uwagami. Pan Karabanowicz wyjrzał 

przez drzwi obory na dość wysoko już tkwiące w niebie słońce: do pory 

południowania pozostawała jeszcze dobra godzina. Mimo to powiedział:

- No, możecie już iść południować, a ja tu jeszcze zostanę.

Robotnicy poszli bez słowa. Synowie próbowali oponować, lecz skar-

ceni przez ojca też wyszli. A gdy po godzinie rozpoczęto pracę na nowo 

- żelaznego kotła już nie było. Zapytany Karabanowicz odburknął, że był 

to „czerep” i że go gdzieś wyrzucił. 


Шейн П. В. Материалы для изучения быта и языка русского населения Северо-Западного края. - СПб., 1887-1902. - Описание жилища, одежды, пищи, занятий; препровождение времени, игры, верования, обычное право; чародейство, колдовство, знахарство





Шавельский, Последнее воссоединение с православной церковью униатов Белорусской епархии

Шавельский, Последнее воссоединение с православной церковью униатов Белорусской епархииссылка №2

Комментариев нет:

Отправить комментарий